4.
- Jak to w ogóle możliwe?Siedziałam skulona pod drzewem, a Phravy chodził wokół mnie. Zasłaniałam ramionami uszy, a więc ledwie go słyszałam, nie miałam też zamiaru odpowiadać.
- Jak to możliwe, że nie dość, że w ogóle wciąż tu jesteśmy, to jeszcze nadal pozostały nam ludzkie odruchy?
Zatrzymał się, walnął pięścią w pień, aż drzewo się zatrzęsło. Od kiedy wyzbyliśmy się ciał, już nic nie krępowało naszej siły.
- Powiedz coś, Nydia! - wrzasnął na mnie. - To ty rozmawiałaś ze śmiercią. Dlaczego wciąż tu jesteśmy?
Podniosłam głowę. Phravy podszedł do mnie, nie rzucał cienia, choć poruszał stopami liście - wynikało to z tego, że był wściekły.
- Nie mam pojęcia - powiedziałam. - Przykro mi.
- Tobie jest przykro? To mi jest przykro, bo zaraz zabawię się w egzorcystę i siłą wygonię cię do zaświatów, co będzie piekielnie boleć.
Tak, wiedziałam o tym, ze wypędzenie duszy na siłę ze świata żywych jest przeżyciem niesamowicie bolesnym i trwale uszkadzającym dusze takie jak my, ale pogróżki Phravego nie zrobiły na mnie wrażenia.
- Porozmawiajmy spokojnie - odparłam.
- Spokojnie to ja cię zaraz obleję święconą wodą.
Debil.
Westchnęłam ciężko. Zignorowałam jego kolejny wykład, pogrążając się we wspomnieniu własnej martwej twarzy. Obrzydzenie powróciło, wstręt i żal ciężko osiadły na moim sercu. Dostałam gęsiej skórki. Odchyliłam głowę do tyłu, opierając ją na pniu. Zdawałam sobie sprawę, ze sytuacja była ciężka - wręcz tragiczna - lecz nie mogłam zrozumieć wybuchu Phravego. Powinniśmy myśleć logicznie, a nie kierować się emocjami.
- Czy ty naprawdę kontaktowałaś się ze śmiercią, czy tylko tak sobie uznałaś, ze to może zadziałać? - palnął Pray.
Zmarszczyłam brwi.
- Może to była tylko twoja chora ambicja, żeby udać bohaterkę? Kompletny debilizm, który wpakował nas w coś takiego. A nawet jeśli widziałaś śmierć, może źle zrozumiałaś. W sumie to do ciebie podobne, jesteś zamkniętą na wszystko egoistką, żeby nie powiedzieć idiotką. Zawsze uważałaś się za lepszą. Właściwie i tak nie wierzę, że gadałaś ze śmiercią. No sorry, ot tak sobie jedna z potężniejszych sił nadprzyrodzonych postanowiła zabawić się w ciotkę dobra rada? Pewnie powiesz mi, ze to twoja stara znajoma, w końcu lubisz szokować Zawsze taka byłaś - pyszna, wiecznie napuszona, z góry patrząca na innych. Twój cynizm odwrócił się przeciwko tobie, szkoda tylko, że ja na tym cierpię. Zastanawiam się, czemu ci uwierzyłem. Przecież to od razu śmierdziało. Zabić się, wyzbyć się swoich cielesnych powłok... bla, bla, bla. Idiotyzm. Matko, ta moja naiwność. Ale nie, racja, to moja wina, jak zwykle - dałem się omotać zakochanej w sobie egoistce, zaufałem, że się zmieniła, otworzyła przede mną. Ale okazało się, że jak ktoś jest zimną suką, to już na zawsze pozostanie. Trochę jak alkoholizm. Przeraża mnie tylko, że przez pustość w twojej durnej głowie zostałem uwięziony w tym świecie. Oczywiście, ty też, ale jakoś mi ciebie nie żal. Jak dla mnie, zasłużyłaś sobie na to, żeby cierpieć. Ach, a skoro chcesz już wiedzieć, to twoje zgłaszanie zażalenia na partnera nic nie da - tylko ja zgodziłem się nim być, nikt inny nie chciał. Wiesz dlaczego? Bo się ciebie boją. Nie szanują, o nie. Po prostu boją. Boją się, że jakaś beznadziejnie narcystyczna lala wkopie ich w bagno. Tak jak mnie. Cóż, przykro mi, naprawdę, że zbijam twoje różowe okularki, ale chyba dawno nikt ci nie powiedział prawdy. Podejrzewam nawet, że nigdy.
Dobra, to bolało.
Skrzywił się, widocznie miał ochotę splunąć mi pod nogi, ale powstrzymał się i odszedł.
Do tej pory z pokorą wysłuchiwałam zarzutów, udając opanowaniu, ale gdy Phravy odszedł, poczułam cisnące się do ust przekleństwa. Zagryzłam wargi, powstrzymując wybuch. Potężny żal i upokorzenie tłumiły rozsądek, każąc zareagować na tę zniewagę. Ramiona zatrzęsły się, gdy objęłam nogi rękoma i oparłam czoło na kolanach. A jednak to wszystko było prawdą Mogłabym argumentować, tłumaczyć się, bo wrednych odpowiedzi cisnących mi się na usta miałam mnóstwo. Słowa Phravego uderzyły w samo serce. Nigdy nie płakałam z takich powodów, mimo to teraz zaciskałam powieki, próbując wydobyć z siebie pokłady wrażliwości, bo wiedziałam, że jeśli nie zmuszę się do rozpaczy, nawet fałszywej, to wstanę i pójdę mu dokopać, powiem wiele złych słów, których będę żałować. Poza tym wszystko, co mi zarzucił, było prawdziwe i temu zaprzeczyć nie mogłam. Wcześniejsze wydarzenia i dobijający wyrzut Phravego sprawiły, że nie miałam nawet siły się długo złościć. Byłam na siebie taka wściekła - ma rację, nie byłam pewna, czy dobrze zinterpretowałam przekaz śmierci. Bolało, że Phravy nie wierzył, że ją spotkałam - a może i ma rację? Może to był zwidy? Może przez głupi sen sprawiłam, o ja durna, że jesteśmy w czarnej dupie?
Oparłam głowę o pień drzewa. Chciało mi się wrzeszczeć i zabijać z wściekłości. Powędrowałam wzrokiem pomiędzy drzewami. Ładne, ciemnozielone liście, szare pnie i granatowa woda rzeki tworzył śliczny krajobraz. Dziwne, że nawet w takiej sytuacji potrafiłam to docenić. Na czarnej ziemi zauważyłam coś srebrnego. Lśniło, odbijając słońce. Pochyliłam się i sięgnęłam po to coś. Owym przedmiotem okazał się scyzoryk Phravego. Nosił go zawsze przy sobie, nie rozstawał się z nim, był dla niego niczym odznaka dla żołnierza czy obrączka ślubna. Podrzuciłam go w ręce. Rozłożyłam i przejechałam palcem po ostrzu. Mimo silnego nacisku, opuszki palców były zaledwie brudne. Wcześniej można nim było rozkroić metal, ale teraz scyzoryk cały był zardzewiały. Złapałam go za czerwoną rączkę i dotknęłam kolejnego ostrza. Ścisnęłam, a ono złamało się na pół. Część jego rozsypała się niczym drobny piasek. Siedziałam tak, gapiąc się na zepsuty scyzoryk w oszołomieniu. Jak długo byliśmy nieprzytomni?
Wstałam, przecierając twarz. Rozemocjonowana, także poruszyłam kilka liści. Phravy siedział trzy drzewa na wschód ode mnie. Stanęłam za nim. Kucał, trzymając się za głowę. Patrzył w niebieską wodę, obserwował jej ruchy, gdy liście spadały na powierzchnię. Pokonałam wstyd i odezwałam się.
- Pray, ja...
- Przepraszam, Nydia - nawet się nie odwrócił. - Ja... wcale tak nie myślę. To było... głupio mi, że tak nagadałem. Przepraszam. Nie uważam, że jesteś głupią egoistką, nie wiem, czemu to powiedziałem...
- Miałeś rację.
- Nie, naprawdę... to nie było fair w stosunku...
- Nie, Phravy. To wszystko prawda. I nie przerywaj mi, proszę. Dziękuję. Jak mówiłam, masz rację Nie kłóć się, że nie, nie mów, że wcale tak nie myślisz bo wiem, że to by było kłamstwo. Nie możesz za każdym razem przepraszać, próbować złagadzać sprawę. Powiedziałeś to, co myślisz, co czujesz. I ja to rozumiem. Wiem, że to prawda. Jestem suką, podłą egoistką, cynikiem, wiem to, ale inaczej żyć nie umiem. Tak jak ty nie umiesz wyzbyć się kajania po tym, jak na kogoś naskoczysz. Z drugiej strony, ja nigdy nie przepraszam. Ale mówiąc inaczej, wściekaj się, ile chcesz. Dobrze ci to zrobi. Chcę, żebyś wyzbył się negatywnych emocji. Matko, mówię jak terapeuta. Chodzi mi o to, że... Właściwie nie mam pojęcia, o co mi chodzi. Ale jestem ci wdzięczna, że to powiedziałeś. Może też nie w stu procentach się z tobą zgadzam, ale to nie o to biega, nie?
Wszystko to powiedziałam praktycznie na jednym oddechu, tak szybko, że aż sama się zdziwiłam, że potrafię w takim tempie mówić. Poczułam się jednak spokojna. Nie do końca umiałam ująć w słowa to, co czułam, ale uznałam, że może to i lepiej. Gdybym była całkiem szczera, pewnie już nigdy by się do mnie nie odezwał.
Popatrzył na mnie najpierw w zdziwieniu, a potem z wdzięcznością. Wstał, uśmiechając się.
- I tak nadal utrzymuję, że wcale tak nie myślę.
- Pray, naprawdę, przestań być...
- Jaki? - przerwał mi. - Ugodowy? Niestety, nie potrafię. Jak stwierdziłaś, to moja natura. I uważam, że z naturą nie powinno się walczyć.
Spojrzałam w niebo, zastanawiając się, jak można być jednocześnie tak samokrytycznym i idealnym.
Pokręciłam głową, udając dezaprobatę. Przekopałam trochę liści, sprawdzając, czy nie ma tam przypadkiem psiej kupy - teraz, gdy byłam spokojna, wpływanie na świat materialny sprawiało mi nieco wysiłku - i usiadłam na ziemi. Phravy kucnął koło mnie, rozrywając na mniejsze części jakąś trawę. Jasnoruda wiewiórka przebiegła między nami slalomem, jakby nas doskonale widziała. To niemożliwe, ale jako zwierze na pewno wyczuła obcą energię. Phravy w tym czasie skończył oskubywać roślinkę i wyrwał sobie następną.
- No dobra, skoro już się pogodziliśmy, to może omówimy plan dalszego działania? - zaproponowałam.
Uśmiechnął się.
- Ta... nasza pierwsza kłótnia. Powinniśmy to jakoś uwiecznić.
- Chcesz uwieczniać naszą małą niezgodę? I po co ci to?
Wzruszył ramionami.
- Wiesz, rzadko kiedy można się z tobą pokłócić, bo zazwyczaj nie bierzesz pod uwagę, że ktoś może mieć inne zdanie od ciebie.
- Wiesz, z tobą też rzadko można się pokłócić, bo nie bierzesz pod uwagę, że to ktoś inny się myli.
Kącik ust powędrował mu do góry, gdy spojrzał na mnie mimo wszystko z życzliwością.
- Insynuujesz, że jestem ciotą?
- To ty tak mówisz - odpowiedziałam szybko.
- Czyli jednak - stwierdził, jakby odkrył coś ważnego.
Nie zaprotestowałam. Phravy zdawał się być zaszokowany tym, co powiedziałam, ale nie brnął dalej. Przez kilka minut siedzieliśmy w milczeniu - to znaczy ja siedziałam, bo on nadal kucał. Ciekawe, kiedy wreszcie nogi zaczną go boleć Chciałam znowu rozpocząć rozmowę pt. "Co dalej", ale wolałam, aby to on odezwał się pierwszy. Gdy jednak zdałam sobie sprawę, że się nie doczekam, zapytałam:
- Skąd wiedziałeś, że bez dusz ciała gniją?
Pytanie zdawało się nie wywierać na nim żadnego wrażenia. Kręcił oczami po drzewach, poprawił się, aż wreszcie odpowiedział.
- Wyczytałem to w którejś z książek. Wiesz, że jestem molem książkowym.
- Cóż, ja też. Muszę ci powiedzieć, że przejrzałam, chociażby pobieżnie, każdy jeden tom z naszej Wielkiej Biblioteki, i nigdzie nie było wzmianki o uśmiercaniu ciała, a już na pewno nie o skutkach takich działań.
- A szukałaś w księgach zakazanych?
Popatrzyłam na niego z rozdziawionymi ustami. Ten grzeczny, pokorny Pray wdarł się do magazynu ksiąg zakazanych? Gdyby chodziło o inną okoliczność, nie uwierzyłabym mu.
- Zdajesz sobie sprawę, że jeśli Misjonarze się dowiedzą, ze szperasz w magazynach, to masz przesrane?
- Żartujesz - zironizował.
- Phravy! To nie jest zabawne! Wiesz, co ci za to grozi? Nawet Banicja, Pray, rozumiesz?
Spojrzał na mnie podejrzliwie.
- A skąd ty to wiesz?
Zawahałam się.
- Wyczytałam to w Rozszerzonym Kodeksie Zasad...?
Pokręcił głową.
- I ty mnie pouczasz.
- Ale to co innego.
- Masz rację. Twój wybryk jest gorszy.
- Kierowało mną co innego
- Pewnie.
- Poza tym nie dostałam Kodeksu w ręce, kradnąc go z magazynu.
Obruszył się.
- Nie ukradłem tamtej książki.
- Niech ci będzie, ale to nie zmienia faktu, że włamałeś się do magazynu.
Ucichł, przyznając mi rację. Nadal nie mogłam wyjść z szoku. Phravy czytał księgę z katalogu ksiąg zakazanych! Właściwie to wątpiłam, aby jakikolwiek ich spis istniał.
- Jak ty to zrobiłeś? - spytałam.
Wypuścił głośno powietrze.
- Tajemnica zawodowa.
- Pray... - mój głos brzmiał błagalnie.
- Ktoś mi pomógł.
Moja reakcja była natychmiastowa.
- Kto?
Odsunął mnie od siebie, bo prawie że na nim leżałam. Nie odpowiedział mi, tylko mruknął coś i zbył mnie ręką. Nie pytałam więcej, bo wiedziałam, ze i tak mi nie powie.
- A czego ty szukałeś wśród ksiąg zakazanych?
Wyklął mnie do Boga, spoglądając w niebo.
- Czy ty zawsze musisz zadawać tyle pytań?
- Mówże.
Spuścił wzrok na mnie, patrząc jak na denerwującego, kapryśnego dzieciaka.
- Szukałem odpowiedzi.
- Aleś ty tajemniczy.
- Niektóre dziewczyny lubią mrocznych facetów.
- Jestem lesbijką.
- Podobno homo gustują w niezobowiązującym flircie z płcią przeciwną.
- Nie zmieniaj tematu.
- Chciałem cię znowu zbyć.
- Nie pozbędziesz się mnie tak łatwo.
- Naprawdę jesteś lesbijką?
- Odpowiedz mi, do cholery.
- W sumie lesby to dobre kumpele.
- W sumie to zaczyna mnie to drażnić.
- Ależ nie martw się, nikomu nie powiem.
- Możesz wreszcie wyjawić mi, czego szukałeś?
- Mordercy mojej matki.
Zatkało mnie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz