3.
Znieruchomiał. Powoli popatrzył mi w oczy i przełknął ślinę.
- Co? - wykrztusił.
Nabrałam powietrza.
- Umrzeć - pociły mi się dłonie. - To właśnie zobaczyłam. Śmierć.
- Naszą? - zdenerwował się. - Przecież to jest...
- Nie, nie naszą. Po prostu śmierć. Kostuchę. No wiesz...
Jego wzrok stał się nieufny.
- O czym ty mówisz?
- Kiedy zemdlałam, spotkałam śmierć - wyjaśniłam spokojnie. - Powiedziała mi, że aby dostać się do domu, musimy umrzeć.
Pokręcił głową.
- Zaraz. Przecież śmierć jest niema.
- Czasami nie potrzeba słów, aby coś powiedzieć.
Zamilkł, trawiąc informację. Odwrócił się w drugą stronę, płomyki odbiły się w jego oczach.
- I co masz zamiar z tym zrobić? - spytał.
- Ja? - zdziwiłam się. - Siedzimy w tym razem.
- Cóż, to ty zaznałaś tego zaszczytu, aby rozmawiać ze śmiercią.
Westchnęłam. Czasami trudno było dojść z nim do porozumienia.
- Okej. A więc stwierdzam, ze musimy umrzeć.
- Tak po prostu? Niby jak?
- Po prostu - przedrzeźniłam go. - Zabić się - wzruszyłam ramionami, udając, że mnie to nie rusza.
- Wiesz, że nie możemy... - zaczął.
- Matko - przewróciłam oczami. - Dobra, skoro wszystko ci trzeba tłumaczyć: nie zabić się jako nas, tylko ciała. Wyzbyć się cielesnych form, a najłatwiej to zrobić, zabijając się. Albo raczej je... Wiesz, o co mi chodzi.
- Nie do końca - skrzywił się, - Nie widzę w tym sensu.
- Nie musisz. Wystarczy, ze ja widzę. Uwierz mi na słowo, że to jedyne wyjście.
Chyba nie spodobał mu się ten pomysł, bo zaczął grzebać badylem w ziemi, unikając mojego wzroku. Nie potrafiłam mu tego lepiej wytłumaczyć, bo i sama tego do końca nie rozumiałam. Wyćwiczyłam się w ukrywaniu uczuć, ale w środku płonęłam ze strachu. Zabić się. Do tej pory było to dla mnie zwykłe słowo, ale teraz nabrało ogromnej mocy. I chociaż wiedzieliśmy, że nie możemy umrzeć - było to niemożliwe - strach podchodził mi do gardła. Nieważne, co będzie potem. I tak będziemy cierpieć. I tak na chwilę nasze dusze zgasną. Wiedza nie wpływa na zgon.
- W jaki sposób chcesz się zabić? - odezwał się Phravy.
Obróciłam się do niego. Obserwował czarne niebo. Pomyślałam, zanim odpowiedziałam. W głowie wyświetlił mi się obraz zszarzałej, zgniłej twarzy topielca.
- Może zrzucić się z mostu? Samobójcy często wybierają ten wariant.
- Masz na myśli utonięcie?
- Chyba tak - zawahałam się, przywołując wyraz bólu na martwej twarzy trupa.
- Ale czemu? - wypalił.
- Nie wiem... Jezu. Nigdy nie musiałam się zastanawiać, jak chcę umrzeć. To dosyć trudne.
Ukucnął, zdenerwowany. Ewidentnie wszystko to go stresowało. Nie dziwiłam mu się. To niecodzienne, by planować swoja śmierć
- Znasz w pobliżu jakiś most? - spytał cicho.
Uśmiechnęłam się krótko.
- Parę przecznic dalej. A co, spodobało ci się?
Podniósł na mnie wzrok.
- Nie ma innego mało bolesnego i szybkiego sposobu - orzekł.
Głośno wypuściłam powietrze.
- To zdecydowano?
- Jasne. Idziemy?
Podniosłam się.
- Tak - mój głos drżał. - Chcę to mieć jak najszybciej za sobą.
Zebraliśmy wszystko, śmieci spaliliśmy. Zgasiliśmy ogień i spakowaliśmy plecaki. Ruszyliśmy główną drogą Mijając sklepy i kamienice, pierwszy raz zrobiło mi się żal ludzi. Zawsze uważałam ich za żałosnych, bo nie wiedzieli nic, a mądrzyli się i próbowali dojść tajemnic i sekretów, których nawet by nie ogarnęli swoimi małymi móżdżkami. Teraz poczułam współczucie. To nie ich wina, że stworzono ich z umysłami zamkniętymi na prawdziwy świat. Mimo wszystko próbowali dowiedzieć się prawdy. Nadal było to żałosne, ale po części zaczynałam ich rozumieć Może to dlatego, że ogarniały mnie wątpliwości co do tego, czy naprawdę wiem, co będzie, gdy wyjdziemy z ludzkich powłok.
Gdy zbliżaliśmy się do mostu, słońce zaczęło wschodzić. Dosyć sarkastycznie - śmierć na tle wschodzącego słońca. Prawie jak "Romeo i Julia", tylko wersja mocno parodyjna. W końcu oboje umieram, żeby w ostateczności uratować własne tyłki. Kiedy byliśmy już prawie na moście, zaczęłam panikować Zwalniałam, odwlekając ten moment. Gdy stanęłam, Phravy odwrócił się. Patrzył na mnie przepraszająco.
- Wybacz mi, proszę To przeze mnie. Ja zgubiłem proporczyk i wciągnąłem cię w to bagno. Gdybym tylko mógł to jakoś naprawić, to wiedz...
- Zamknij się - łypnęłam na niego.
- Nydia....
- Przestań. Nie - powiedziałam twardo, gdy otwierał usta. - Nie obwiniaj się. Nie mam do ciebie żadnych pretensji. Ani razu nie przyszło mi do głowy, ze to twoja wina czy coś, jasne? Więc nie przeszkadzaj mi w moim miłosierdziu, bo ma krótką datę ważności.
Strach na chwilę odpłynął. Minęłam Phravego i weszłam na most. W milczeniu, postukując o deski butami, przeszliśmy na środek. Woda odbijała łagodne światło wstającego dnia. Przez głowę przeleciała mi myśl, że z tej wysokości będziemy długo spadać.
Phravy westchnął.
- No to jazda.
Wspiął się na barierkę, pociągając mnie za sobą. Prawie spadłam, ślizgając się na poręczy. Phravy podtrzymywał mnie, pomagając zachować równowagę. Zawiał wiatr, odgarniając moje włosy. Doszedł mnie zapach słonej wody i świeżego powietrza. Złapałam Phravego mocno za rękę i nie zamierzałam puszczać.
- Mimo wszystko, boję się - przyznałam.
Uśmiechnął się do mnie.
- To całkiem romantyczne, nie sądzisz?
- To, że się boję?
Zaśmiał się.
- Nie. Nasza śmierć. Do końca razem, czujesz to?
Parsknęłam.
- Czuję.
Spojrzałam w bezkres nieba, w ciemnoniebieskie wody rzeki. Gdzieś ktoś pewnie teraz patrzy na nas, może jakiś Starszy Misjonarz kręci głową nad naszą głupotą. Spojrzałam na Phravego.
- Ja też się boję - powiedział. - Mimo wszystko.
Ścisnął moją rękę. Zadrżałam, ostatni raz napełniając płuca powietrzem. Nagle spanikowałam, szepnęłam "nie chcę", ale wtedy Phravy szarpnął mnie do przodu.
Skoczyliśmy.
Pierwsze, co poczułam, to ze rzeka była lodowata. Drugie, że spadam w ciemność. Chwilę później płuca wypełniły mi się wodą. Zaczęłam się topić, organizm domagał się tlenu. Spadałam coraz głębiej. Światełko znad tafli wody oddalało się. Moje płuca i rany piekły, serce bolało. Bałam się, że będzie to trwać wieczne, ze nie wydostanę się z ciała. W instynktownym odruchu chciałam wypłynąć na powierzchnię, ale wtedy Phravy pociągnął mnie na dno, nie pozwalając się poddać.
W ostatnim poczuciu romantyzmu, zwymiotowałam na niego konserwą.
Ciemność przytłaczała wszystko inne. W uszach szumiało jak przy słabym zasięgu z radia. Każdy otwór w ciele miałam zatkany. Nie byłam zdolna się poruszyć, było mi za ciężko. Powoli ostre pieczenie w płucach łagodniało, ulatniało się ze mnie jak trucizna. Spokój przybył też do mojego umysłu, myśli zwolniły, obrazy przestały napływać falami, czułam się, jakbym walczyła z przemożną chęcią snu. Zabrakło mi sił, aby zaprotestować, gdy czerń i głucha cisza pochłonęły mnie w całości.
Po chwili kompletnej nicości coś uderzyło mnie w pierś tak mocno, że klatka wygięła mi się, omal nie łamiąc kręgosłupa na pół. Miałam wrażenie, jakby wielka strzała wbiła m się między żebra, a jej tępy grot przebił mi serce. Drgnęłam w konwulsjach, wypuszczając kilka bąbelków powietrza do wody. Mocne, porażające jaskrawe światło wybuchło mi przed oczami. Chciałam bić i kopać, ale było tak, jakby ktoś zakuł mi nadgarstki i kostki, i pociągał za żelazne łańcuchy w dół, zdzierając mi skórę. Kolejna strzała przeszyła mi serce, wyginając moje ciało w "u". Ból promieniował po koniuszki palców, dostał się do mózgu i tam wywoływał najgorsze wizje. W pewnym momencie trochę ulżyło mi w ciężkim bagażu, jednak chwilę później coś twardego uderzyło mnie w skroń. Ostrze noża wbiło mi się w policzek i wypływając na powierzchnię, przecięło go, a potem posuwało się dalej, przejeżdżając po oku i czole. Czułam, jak skóra pęka i wypuszcza na zewnątrz krew, która zmieszała się z wodą. Ból w przeciętej twarzy zagłuszyła następna strzała. Wyplułam jakiś płyn, ale oślepiona światłem nie widziałam nawet, jak wyglądał. Zanim kompletnie odłączyłam się od ciała, usłyszałam gdzieś z tyłu roześmiane dzieci. Głosy wydobywały się z głębi mojego mózgu. Jednak nie zdążyłam się nad nimi zastanowić bo wyleciałam do góry, czując się jednak, jakbym spadała.
Mój wzrok był rozmazany, rozbiegany. Korony drzew mnożyły się. Przewróciłam się na bok. Nieostre kontury zlewały się w jedno. Rozpoznawałam trawę i krzewy, które wyglądały jak jasnozielony dywan, pod który ktoś schował kilka odkurzaczy. Po jakimś czasie dostrzegłam w oddali falującą taflę wody. Uniosłam się z trudnością, a w głowie zakręciło mi się, przed oczami pociemniało, także przez moment jedyne co widziałam, to czerń Pulsowanie w czaszce nie ustąpiło, nawet gdy ponownie upadłam. Spróbowałam wstać znowu, uklękłam, patrząc w stronę wody. Ujrzałam tam jakiś ciemny kształt.
Wstałam, chwiejąc się. Zrobiłam pierwszy krok, ziemia trzęsła się, jakby chciała ode mnie uciec. Zdrętwiałe kończyny wywoływały duży dyskomfort. Zbliżając się w stronę ciemnego kształtu, rozpoznałam w nim człowieka. Przestraszyłam się, że to Phravy. Przyspieszyłam ile mogłam, choć i tak człapałam jak kaleka. Poślizgnęłam się na wilgotnej trawie i podpełzłam do ciała. W głowie nadal mi wirowało, ale rozpoznałam zieleń kurtki naszego munduru. Przełknęłam ślinę, obawiając się o stan Phravego. Wiedziałam, że to było niebezpieczne. Czemu, do cholery jasnej, nie zaproponowałam, ze szybkim ruchem utnę mu głowę? Nawet nic by nie poczuł.
Uklękłam. Leżał na boku, z twarzą skierowaną w drugą stronę, tak że kaptur zasłaniał mu głowę. Sięgnęłam do jego ramienia, ręce koszmarnie mi drżały, gorzej niż u dziadków z parkinsonem. Dodatkowo przez rozmazany obraz kilka razy sięgnęłam powietrza zamiast niego. Kiedy wreszcie złapałam jego ramię, zacisnęłam na nim mocno dłoń i odwróciłam ciało.
Wrzasnęłam niemo, bo szok zatkał mi krtań. To nie był Pray. To byłam ja. To była moja własna martwa twarz. Zszarzała skóra była zmiękczona, palce i usta blade. Przez siną twarz przebiegała ropiejąca rana, ciągnąca się od żuchwy, przez oko, aż do linii włosów, okrywała ją niedawno zakrzepła krew. Przez policzek przebijały się siekacze, dziąsła i kawałek kości policzkowej. Gałka oczna była przecięta w połowie, wypłynęła i teraz leżała w śluzie u podstawy szyi. Z pustego oczodołu strumieniami wypływała krew, niczym odnogi rzeki, i napłynęła na całą twarz, wpływając też do ust.
Tym razem mój krzyk był donośny i długi, aż zapiekło mnie gardło. Nawet nie zauważyłam, kiedy na zmianę zimne i gorące łzy spływały z moich oczu i dławiły mnie. Wycofałam się w kuckach, i chociaż łzy sprawiały, że już w ogóle nic nie widziałam, to zapamiętany obraz sprawił, że wnętrzności cofnęły mi się z żołądka i wypłynęły ze mnie, kiedy upadłam na plecy. Zakrztusiłam się nimi, w drgawkach obróciłam się, a potem podniosłam do pozycji siedzącej. Zarzygałam sobie nogi i brodę Rozcieńczone łzami wymiociny sprawiały, że trudno mi było stamtąd odejść, bo zmniejszały tarcie. Próbując wstać, poślizgnęłam się i upadłam na rękę, łamiąc sobie palce. Krzyknęłam znowu i odwróciłam się.
Moje martwe ciało było w połowie rozkładu. Zielona skóra zapadła się, zgniła, pękła i wypuściła soki. Katowałam się, patrząc na to. W truchle nie było już ani kropli krwi. W piersi powstały dziury, sucha skóra pękła i wpadła do środka między żebra. Wokół zebrało się trochę robali, małe białe glizdy wiły się na zgniłym mięsie, które cuchnęło tak, ze ponownie zwymiotowałam. Kiedy wiotka skóra zaczęła po prostu leżeć na kościach, jęknęłam w rozpaczy.
- Nydia! - usłyszałam w oddali.
Jęknęłam głośniej, nie umiejąc się zdobyć na składne zdanie. Broda okropnie mi drżała, więc przygryzłam sobie język. Z tyłu doszło mnie ponownie moje imię, wymówione przez dobrze znany mi głos. Obróciłam głowę. Stał pod drzewem, z rozdziawionymi ustami i rozszerzonymi oczami. Jego klatka piersiowa szybko się unosiła. Patrzył na moje zgniłe ciało, z którego po chwili zostały same bialutkie kości. Niedługo i one wsiąkły w ziemię, a tam, gdzie zaledwie pięć minut wcześniej leżał trup, została tylko kurtka, ubranie, bielizna i buty.
Phravy stanął koło mnie, przełknął ślinę. Drżał. Spojrzał na mnie przerażony, obrzydzony.
- Przyszedłem, żeby... ci powiedzieć... - jąkał się - że... że ciała bez duszy... natychmiast.... gniją
Wargi mi zadrżały.
- Rzygałam, Pray... płakałam... bolało, kiedy złamałam palec... - gorące łzy spłynęły i skapnęły na ziemię. - Dlaczego...? - pisnęłam. - Czemu, kurwa mać?! - krzyknęłam niewyraźnie.
- Nie... nie wiem... Może... - powiedział, ale mogło to być też "Bożę" - nie wiem...
Odwróciłam się i podbiegł do drzewa, a tam zwymiotował. Patrzyłam jak klęka w krzakach, choć żadne z nas nie umiało tego wytłumaczyć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz