piątek, 22 lutego 2013

Część I ~Trzy

3.

    Znieruchomiał. Powoli popatrzył mi w oczy i przełknął ślinę.
    - Co? - wykrztusił.
    Nabrałam powietrza.
    - Umrzeć - pociły mi się dłonie. - To właśnie zobaczyłam. Śmierć.
    - Naszą? - zdenerwował się. - Przecież to jest...
    - Nie, nie naszą. Po prostu śmierć. Kostuchę. No wiesz...
    Jego wzrok stał się nieufny.
    - O czym ty mówisz?
    - Kiedy zemdlałam, spotkałam śmierć - wyjaśniłam spokojnie. - Powiedziała mi, że aby dostać się do domu, musimy umrzeć.
    Pokręcił głową.
    - Zaraz. Przecież śmierć jest niema.
    - Czasami nie potrzeba słów, aby coś powiedzieć.
    Zamilkł, trawiąc informację. Odwrócił się w drugą stronę, płomyki odbiły się w jego oczach.
    - I co masz zamiar z tym zrobić? - spytał.
    - Ja? - zdziwiłam się. - Siedzimy w tym razem.
    - Cóż, to ty zaznałaś tego zaszczytu, aby rozmawiać ze śmiercią.
    Westchnęłam. Czasami trudno było dojść z nim do porozumienia.
    - Okej. A więc stwierdzam, ze musimy umrzeć.
    - Tak po prostu? Niby jak?
    - Po prostu - przedrzeźniłam go. - Zabić się - wzruszyłam ramionami, udając, że mnie to nie rusza. 
    - Wiesz, że nie możemy... - zaczął.
    - Matko - przewróciłam oczami. - Dobra, skoro wszystko ci trzeba tłumaczyć: nie zabić się jako nas, tylko ciała. Wyzbyć się cielesnych form, a najłatwiej to zrobić, zabijając się. Albo raczej je... Wiesz, o co mi chodzi.
    - Nie do końca - skrzywił się, - Nie widzę w tym sensu.
    - Nie musisz. Wystarczy, ze ja widzę. Uwierz mi na słowo, że to jedyne wyjście.
    Chyba nie spodobał mu się ten pomysł, bo zaczął grzebać badylem w ziemi, unikając mojego wzroku. Nie potrafiłam mu tego lepiej wytłumaczyć, bo i sama tego do końca nie rozumiałam. Wyćwiczyłam się w ukrywaniu uczuć, ale w środku płonęłam ze strachu. Zabić się. Do tej pory było to dla mnie zwykłe słowo, ale teraz nabrało ogromnej mocy. I chociaż wiedzieliśmy, że nie możemy umrzeć - było to niemożliwe - strach podchodził mi do gardła. Nieważne, co będzie potem. I tak będziemy cierpieć. I tak na chwilę nasze dusze zgasną. Wiedza nie wpływa na zgon.
    -  W jaki sposób chcesz się zabić? - odezwał się Phravy.
    Obróciłam się do niego. Obserwował czarne niebo. Pomyślałam, zanim odpowiedziałam. W głowie wyświetlił mi się obraz zszarzałej, zgniłej twarzy topielca. 
    - Może zrzucić się z mostu? Samobójcy często wybierają ten wariant.
    - Masz na myśli utonięcie?
    - Chyba tak - zawahałam się, przywołując wyraz bólu na martwej twarzy trupa.
    - Ale czemu? - wypalił.
   - Nie wiem... Jezu. Nigdy nie musiałam się zastanawiać, jak chcę umrzeć. To dosyć trudne. 
    Ukucnął, zdenerwowany. Ewidentnie wszystko to go stresowało. Nie dziwiłam mu się. To niecodzienne, by planować swoja śmierć
    - Znasz w pobliżu jakiś most? - spytał cicho.
    Uśmiechnęłam się krótko. 
    - Parę przecznic dalej. A co, spodobało ci się?
    Podniósł na mnie wzrok. 
    - Nie ma innego mało bolesnego i szybkiego sposobu - orzekł.
    Głośno wypuściłam powietrze.
    - To zdecydowano?
    - Jasne. Idziemy?
    Podniosłam się.
    - Tak - mój głos drżał. - Chcę to mieć jak najszybciej za sobą. 
    Zebraliśmy wszystko, śmieci spaliliśmy. Zgasiliśmy ogień i spakowaliśmy plecaki. Ruszyliśmy główną drogą Mijając sklepy i kamienice, pierwszy raz zrobiło mi się żal ludzi. Zawsze uważałam ich za żałosnych, bo nie wiedzieli nic, a mądrzyli się i próbowali dojść tajemnic i sekretów, których nawet by nie ogarnęli swoimi małymi móżdżkami. Teraz poczułam współczucie. To nie ich wina, że stworzono ich z umysłami zamkniętymi na prawdziwy świat. Mimo wszystko próbowali dowiedzieć się prawdy. Nadal było to żałosne, ale po części zaczynałam ich rozumieć Może to dlatego, że ogarniały mnie wątpliwości co do tego, czy naprawdę wiem, co będzie, gdy wyjdziemy z ludzkich powłok. 
    Gdy zbliżaliśmy się do mostu, słońce zaczęło wschodzić. Dosyć sarkastycznie - śmierć na tle wschodzącego słońca. Prawie jak "Romeo i Julia", tylko wersja mocno parodyjna. W końcu oboje umieram, żeby w ostateczności uratować własne tyłki. Kiedy byliśmy już prawie na moście, zaczęłam panikować Zwalniałam, odwlekając ten moment. Gdy stanęłam, Phravy odwrócił się. Patrzył na mnie przepraszająco. 
    - Wybacz mi, proszę To przeze mnie. Ja zgubiłem proporczyk i wciągnąłem cię w to bagno. Gdybym tylko mógł to jakoś naprawić, to wiedz...
    - Zamknij się - łypnęłam na niego.
    - Nydia....
    - Przestań. Nie - powiedziałam twardo, gdy otwierał usta. - Nie obwiniaj się. Nie mam do ciebie żadnych pretensji. Ani razu nie przyszło mi do głowy, ze to twoja wina czy coś, jasne? Więc nie przeszkadzaj mi w moim miłosierdziu, bo ma krótką datę ważności.
    Strach na chwilę odpłynął. Minęłam Phravego i weszłam na most. W milczeniu, postukując o deski butami, przeszliśmy na środek. Woda odbijała łagodne światło wstającego dnia. Przez głowę przeleciała mi myśl, że z tej wysokości będziemy długo spadać.
    Phravy westchnął.
    - No to jazda.
    Wspiął się na barierkę, pociągając mnie za sobą. Prawie spadłam, ślizgając się na poręczy. Phravy podtrzymywał mnie, pomagając zachować równowagę. Zawiał wiatr, odgarniając moje włosy. Doszedł mnie zapach słonej wody i świeżego powietrza. Złapałam Phravego mocno za rękę i nie zamierzałam puszczać. 
    - Mimo wszystko, boję się - przyznałam.
    Uśmiechnął się do mnie.
    - To całkiem romantyczne, nie sądzisz?
    - To, że się boję? 
    Zaśmiał się. 
    - Nie. Nasza śmierć. Do końca razem, czujesz to?
    Parsknęłam.
    - Czuję.
    Spojrzałam w bezkres nieba, w ciemnoniebieskie wody rzeki. Gdzieś ktoś pewnie teraz patrzy na nas, może jakiś Starszy Misjonarz kręci głową nad naszą głupotą. Spojrzałam na Phravego.
    - Ja też się boję - powiedział. - Mimo wszystko.
    Ścisnął moją rękę. Zadrżałam, ostatni raz napełniając płuca powietrzem. Nagle spanikowałam, szepnęłam "nie chcę", ale wtedy Phravy szarpnął mnie do przodu.
    Skoczyliśmy. 
    Pierwsze, co poczułam, to ze rzeka była lodowata. Drugie, że spadam w ciemność. Chwilę później płuca wypełniły mi się wodą. Zaczęłam się topić, organizm domagał się tlenu. Spadałam coraz głębiej. Światełko znad tafli wody oddalało się. Moje płuca i rany piekły, serce bolało. Bałam się, że będzie to trwać wieczne, ze nie wydostanę się z ciała. W instynktownym odruchu chciałam wypłynąć na powierzchnię, ale wtedy Phravy pociągnął mnie na dno, nie pozwalając się poddać. 
    W ostatnim poczuciu romantyzmu, zwymiotowałam na niego konserwą.
 
    Ciemność przytłaczała wszystko inne. W uszach szumiało jak przy słabym zasięgu z radia. Każdy otwór w ciele miałam zatkany. Nie byłam zdolna się poruszyć, było mi za ciężko. Powoli ostre pieczenie w płucach łagodniało, ulatniało się ze mnie jak trucizna. Spokój przybył też do mojego umysłu, myśli zwolniły, obrazy przestały napływać falami, czułam się, jakbym walczyła z przemożną chęcią snu. Zabrakło mi sił, aby zaprotestować, gdy czerń i głucha cisza pochłonęły mnie w całości.  
    Po chwili kompletnej nicości coś uderzyło mnie w pierś tak mocno, że klatka wygięła mi się, omal nie łamiąc kręgosłupa na pół. Miałam wrażenie, jakby wielka strzała wbiła m się między żebra, a jej tępy grot przebił mi serce. Drgnęłam w konwulsjach, wypuszczając kilka bąbelków powietrza do wody. Mocne, porażające jaskrawe światło wybuchło mi przed oczami. Chciałam bić i kopać, ale było tak, jakby ktoś zakuł mi nadgarstki i kostki, i pociągał za żelazne łańcuchy w dół, zdzierając mi skórę. Kolejna strzała przeszyła mi serce, wyginając moje ciało w "u". Ból promieniował po koniuszki palców, dostał się do mózgu i tam wywoływał najgorsze wizje. W pewnym momencie trochę ulżyło mi w ciężkim bagażu, jednak chwilę później coś twardego uderzyło mnie w skroń. Ostrze noża wbiło mi się w policzek i wypływając na powierzchnię, przecięło go, a potem posuwało się dalej, przejeżdżając po oku i czole. Czułam, jak skóra pęka i wypuszcza na zewnątrz krew, która zmieszała się z wodą. Ból w przeciętej twarzy zagłuszyła następna strzała. Wyplułam jakiś płyn, ale oślepiona światłem nie widziałam nawet, jak wyglądał. Zanim kompletnie odłączyłam się od ciała, usłyszałam gdzieś z tyłu roześmiane dzieci. Głosy wydobywały się z głębi mojego mózgu. Jednak nie zdążyłam się nad nimi zastanowić  bo wyleciałam do góry, czując się jednak, jakbym spadała. 

    Mój wzrok był rozmazany, rozbiegany. Korony drzew mnożyły się. Przewróciłam się na bok. Nieostre kontury zlewały się w jedno. Rozpoznawałam trawę i krzewy, które wyglądały jak jasnozielony dywan, pod który ktoś schował kilka odkurzaczy. Po jakimś czasie dostrzegłam w oddali falującą taflę wody. Uniosłam się z trudnością, a w głowie zakręciło mi się, przed oczami pociemniało, także przez moment jedyne co widziałam, to czerń Pulsowanie w czaszce nie ustąpiło, nawet gdy ponownie upadłam. Spróbowałam wstać znowu, uklękłam, patrząc w stronę wody. Ujrzałam tam jakiś ciemny kształt. 
    Wstałam, chwiejąc się. Zrobiłam pierwszy krok, ziemia trzęsła się, jakby chciała ode mnie uciec. Zdrętwiałe kończyny wywoływały duży dyskomfort. Zbliżając się w stronę ciemnego kształtu, rozpoznałam w nim człowieka. Przestraszyłam się, że to Phravy. Przyspieszyłam ile mogłam, choć i tak człapałam jak kaleka. Poślizgnęłam się na wilgotnej trawie i podpełzłam do ciała. W głowie nadal mi wirowało, ale rozpoznałam zieleń kurtki naszego munduru. Przełknęłam ślinę, obawiając się o stan Phravego. Wiedziałam, że to było niebezpieczne. Czemu, do cholery jasnej, nie zaproponowałam, ze szybkim ruchem utnę mu głowę? Nawet nic by nie poczuł.
    Uklękłam. Leżał na boku, z twarzą skierowaną w drugą stronę, tak że kaptur zasłaniał mu głowę. Sięgnęłam do jego ramienia, ręce koszmarnie mi drżały, gorzej niż u dziadków z parkinsonem. Dodatkowo przez rozmazany obraz kilka razy sięgnęłam powietrza zamiast niego. Kiedy wreszcie złapałam jego ramię, zacisnęłam na nim mocno dłoń i odwróciłam ciało.
     Wrzasnęłam niemo, bo szok zatkał mi krtań. To nie był Pray. To byłam ja. To była moja własna martwa twarz. Zszarzała skóra była zmiękczona, palce i usta blade. Przez siną twarz przebiegała ropiejąca rana, ciągnąca się od żuchwy, przez oko, aż do linii włosów, okrywała ją niedawno zakrzepła krew. Przez policzek przebijały się siekacze, dziąsła i kawałek kości policzkowej. Gałka oczna była przecięta w połowie, wypłynęła i teraz leżała w śluzie u podstawy szyi. Z pustego oczodołu strumieniami wypływała krew, niczym odnogi rzeki, i napłynęła na całą twarz, wpływając też do ust. 
    Tym razem mój krzyk był donośny i długi, aż zapiekło mnie gardło. Nawet nie zauważyłam, kiedy na zmianę zimne i gorące łzy spływały z moich oczu i dławiły mnie. Wycofałam się w kuckach, i chociaż łzy sprawiały, że już w ogóle nic nie widziałam, to zapamiętany obraz sprawił, że wnętrzności cofnęły mi się z żołądka i wypłynęły ze mnie, kiedy upadłam na plecy. Zakrztusiłam się nimi, w drgawkach obróciłam się, a potem podniosłam do pozycji siedzącej. Zarzygałam sobie nogi i brodę Rozcieńczone łzami wymiociny sprawiały, że trudno mi było stamtąd odejść, bo zmniejszały tarcie. Próbując wstać, poślizgnęłam się i upadłam na rękę, łamiąc sobie palce. Krzyknęłam znowu i odwróciłam się. 
    Moje martwe ciało było w połowie rozkładu. Zielona skóra zapadła się, zgniła, pękła i wypuściła soki. Katowałam się, patrząc na to. W truchle nie było już ani kropli krwi. W piersi powstały dziury, sucha skóra pękła i wpadła do środka między żebra. Wokół zebrało się trochę robali, małe białe glizdy wiły się na zgniłym mięsie, które cuchnęło tak, ze ponownie zwymiotowałam. Kiedy wiotka skóra zaczęła po prostu leżeć na kościach, jęknęłam w rozpaczy. 
    - Nydia! - usłyszałam w oddali.
    Jęknęłam głośniej, nie umiejąc się zdobyć na składne zdanie. Broda okropnie mi drżała, więc przygryzłam sobie język. Z tyłu doszło mnie ponownie moje imię, wymówione przez dobrze znany mi głos. Obróciłam głowę. Stał pod drzewem, z rozdziawionymi ustami i rozszerzonymi oczami. Jego klatka piersiowa szybko się unosiła. Patrzył na moje zgniłe ciało, z którego po chwili zostały same bialutkie kości. Niedługo i one wsiąkły w ziemię, a tam, gdzie zaledwie pięć minut wcześniej leżał trup, została tylko kurtka, ubranie, bielizna i buty. 
    Phravy stanął koło mnie, przełknął ślinę. Drżał. Spojrzał na mnie przerażony, obrzydzony. 
    - Przyszedłem, żeby... ci powiedzieć... - jąkał się - że... że ciała bez duszy... natychmiast.... gniją
    Wargi mi zadrżały. 
    - Rzygałam, Pray... płakałam... bolało, kiedy złamałam palec... - gorące łzy spłynęły i skapnęły na ziemię. - Dlaczego...? - pisnęłam. - Czemu, kurwa mać?! - krzyknęłam niewyraźnie.
    - Nie... nie wiem... Może... - powiedział, ale mogło to być też "Bożę" - nie wiem...
    Odwróciłam się i podbiegł do drzewa, a tam zwymiotował. Patrzyłam jak klęka w krzakach, choć żadne z nas nie umiało tego wytłumaczyć.   

     
       

środa, 20 lutego 2013

Część I ~Dwa


2.


    Tamci byli już zbyt blisko, by zawrócić. Obejrzałam krzew. Ciągnął się wysoko na ponad dwa metry - zauważyłam, że im dalej, tym są wyższe. Miał grube, mocne i ciemnobrązowe gałęzie, które z daleka wydawały się kruche. Wiły się w górę niczym warkocz przeplatany łodyżkami, suchymi płatkami i liśćmi, poprzetykany niespotykanie dużymi kolcami. Były cztery razy większe od normalnych, zakończone ostrymi czubkami. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że kwiaty też są nadto olbrzymie. Wcześniej myślałam, że to po prostu duże okazy, które przetrwały do teraz, jednak z bliska dojrzałam w głębi pąki, które nie zdążyły rozkwitnąć. Były jak połowa mojej pięści.
    Cofnęłam się nieznacznie, zdjęta przerażeniem. Najprawdopodobniej ktoś nafaszerował te rośliny substancją na porost. Miałam złe przeczucie, że siedziała za tym nieprzyjemna tajemnica. Możliwe, że to były tylko badania nad tym preparatem. Z każdym rządkiem krzewy i kwiaty robiły się większe, a więc zapewne z każdym kolejnym rzędem dodawano coraz większą ilość tego "czegoś". Prawdopodobne, że nieznaną mi mieszankę tylko testowano na różanym krzewie, a ostatecznym konsumentem miał być człowiek. 
    Odwróciłam się do Phravego. Nadal był blady i zbolały, ale teraz nie mogliśmy sobie pozwolić na taki luksus jak odpoczynek. Kucnęłam koło niego i powiedziałam:
    - Wskakuj, przeniosę cię na plecach.
    Spojrzał na mnie jak na debila.
    - Ruchy.
    - Zgłupiałaś? Nie dam się wozić na barana jakiejś... - nagle zamilkł, nie kończąc zdania.
    Uniosłam się i popatrzyłam na niego ostro.
    - No?
    Unikał mojego wzroku.
    - Nic.
    - Ależ kontynuuj. 
    Zignorowałam fakt, że nie była to najlepsza pora na kłótnie i patrzyłam na niego wojowniczo. Ok, może i uraziłam jego ego bohatera, ale co on zrobił z moją kobieca dumą? 
    - Zresztą nieważne - przewróciłam oczami. 
    Otworzył buzię, aby coś powiedzieć, ale zrezygnował. Mierzył mnie gniewnie wzrokiem, zapewne szukając odpowiednich słów.
    - To nie tak jak myślisz - mruknął.
    No dobra, nie mogłam nie zauważyć, w jaki sposób to zabrzmiało. Zamrugałam kilka razy, próbując powstrzymać narastające uczucie, którego nie potrafiłam jak na razie sprecyzować. Albo o prostu nie chciałam.
    - Rozumiem - rzuciłam i postanowiłam nie ryzykować dłużej.
    Wypełniłam usta powietrzem i głośno je wypuściłam, zaczepiając ręką o gałęzie krzewu. Ukłułam się a dłoń, ale nie puściłam. Postawiłam nogę na kilku zaplątanych gałęziach, zaparłam się i poderwałam wyżej. Kątem oka widziałam, jak Phravy męczy się, próbując nie nadwerężać zranionej nogi. 
    Poczułam, jak kolec wbił mi się w rękę i stworzył głęboką ranę. Z daleka dobiegł mnie huk wystrzału, gdy próbując nie myśleć o bólu, zdałam sobie sprawę, że ciepła krew spływa mi po nadgarstkach i wije wokół ręki. Rozcięta skóra piekła i szczypała. Złapałam się jeszcze wyżej, umysł zajmując bezpłciowymi obrazkami z hipermarketów. Starałam się nie zwracać uwagi na to, że krzaki właśnie rozszarpują mi ręce, bo liczyło się tylko, aby przez nie przejść. Sięgnęłam na samą górę krzewu, wbiłam kolec w jedną z ran, a gdy prawie spadłam, rozciągnęłam ją na całą długość dłoni. Jęknęłam.
    - Są gdzieś tam! - krzyknął ktoś niedaleko.
  Phravy przeklął tuż przy moim uchu. Nawet nie zauważyłam, kiedy zręcznie wdrapał się na szczyt. Ukradkiem spojrzałam na jego dłonie, które były ledwie zdarte. Podał mi rękę. Zapałam ją i podciągnęłam się wśród świstu kul. Obejrzałam się za siebie - armia wściekłych facetów goniła nas z naładowanymi magazynkami.
    Ta chwila nieuwagi starczyła, abym zaparła się zbyt ciężko na kolcach i przebiła je sobie na wylot. Krew bryznęła, a ja wrzasnęłam niemo, na chwilę tracąc oddech. Wyjęłam powoli zakrwawiony kolec, piszcząc jak frajer. Podniosłam nogi i uklękłam na szczycie. Kolce wbiły mi się w kolana. Kolejna kula drasnęła mnie w policzek. Bez namysłu skoczyłam razem z Phravym na drugą stronę. Jeszcze spadając, poczułam w ramieniu ostry ból. Upadliśmy z trzaskiem na ziemię, a ja zaczęłam tarzać się po żwirze. Miałam wrażenie, jakby ktoś rozerwał mi rękę i wiercił w niej dziurę. Syknęłam i uniosłam si na klęczki. Phravy siedział pod krzewem, dłubiąc w ranie na nodze. Podniósł na mnie wzrok.
    - Ok? - spytał.
    - Mniej więcej, a ty?
    Podniósł rękę.
    - Złamałem palec - zaśmiał się. 
    Prychnęłam, by potem znowu skrzywić się z bólu. Chciałam coś powiedzieć, ale Phravy poderwał się i zakrył mi usta dłonią. W pierwszej chwili miałam zamiar się wyrwać, ale niebezpiecznie blisko usłyszałam dudniące kroki. Phravy pokręcił głową i chwilę siedzieliśmy tak, patrząc na siebie. Na parę sekund jego wzrok się zmienił. Czułam na policzku jego szybko oddech. Zdziwiłam się, że tak spanikowałam na dźwięk kroków naszych wrogów. Kiedy krzyki, odgłosy ciężkich butów i strzałów powoli się oddalały, Phravy natychmiast oderwał się ode mnie, jakby mój dotyk go parzył. Stał i patrzył się w bok, byle nie na mnie. Zaskoczyło mnie to, że się zawstydził swojej reakcji. Była całkiem normalna. Phravy wyglądał na speszonego, ale niepotrzebnie. Przecież nie będę się z niego śmiać. 
    Kiedy on szybko się podniósł, próbowałam zrobić to samo, ale wyszło niezdarnie. Potknęłam się, a potem znów wstałam. Phravy spojrzał na mnie z troską, przytrzymując mnie, gdy prawie upadłam. Nie chodziło o rany, choć każda piekła niemiłosiernie. Oprócz tego strasznie kręciło mi się w głowie, dudniło, jakby ktoś walił mi w łeb patelnią. Nie mogłam złapać równowagi. Pulsowanie nasilało się, nie miałam tylko pojęcia, skąd się bierze. Coraz bardziej się niepokoiłam. Złapałam się ramienia Phravego, bo poczułam, że upadam. 
    - Co się dzieje? - słyszałam w jego głosie przejęcie, gdy osunęłam mu się w ramiona. 
    Chciałam mu odpowiedzieć, ale z gardła nie wydobył się żaden dźwięk. Zaczęłam panikować, czułam, ze odpływam. Na sekundy ciemniało mi przed oczami, miałam mroczki. Kątem oka widziałam dziwne błyski, białe światła, ale kiedy się odwracałam, nic tam nie było. Zieleń trawy mieszała się z barwami wytworzonymi przez moją wyobraźnię. Słowa Phravego dobiegały mnie jak przez szkło. Gdzieś z tyłu, razem z przytłaczającym bólem, wybuchła plama czerwieni.
    A potem naprawdę oślepłam. 

    Wszytko był czarno-białe. Szare niebo, czarne gałęzie nagich drzew, ciemnoszary piach. Żadnego koloru. Wokół była prawie goła ziemia, a na niej zaledwie kilka bezlistnych, smoliście czarnych drzew. Po ruchu gałęzi rozpoznałam, że wiał wiatr. Jednak nic nie czułam. Jasnoszare niebo sprawiało, że doznałam wrażenia zamknięcia, tak jakbym trafiła do szklanej kuli. W tym miejscu nie było żadnych dźwięków, martwa cisza. Nie słyszałam, gdy gałęzie o siebie uderzały, a żwir przemieszczał się pod wpływem wiatru. Zupełnie jakbym oglądała ruchomy obraz. A może to ja byłam głucha. Za to było mi zimno. Przenikliwy chłód wywoływał u mnie dreszcze.
    Nagle pod drzewem pojawiła się czarna postać. Jakby nagle wklejono ją do obrazu.
    Potem pojawiła się bliżej. Nie ruszyła się, nie przeszła. Po prostu w jednej chwili była gdzie indziej, jak z przerwanej taśmy. 
    I znowu. Coraz bliżej mnie. Etapowo. Poczułam, jak strach podchodzi mi do gardła.
    Jeszcze raz. Teraz widziałam jej twarz. A właściwie nie widziałam żadnej twarzy. Tylko białą plamę w miejscu głowy. 
    Tym razem stała ze mną oko w oko, chociaż w tym przypadku trudno mówić o oczach, bo owych nie miała. Nie było ust, nosa, uszu. Tylko ten koszmarny biały owal.
    Postać wzbudzała przerażenie tak wielkie, że chciałam stamtąd natychmiast zniknąć. Strach obezwładniał, bł wszystkim, co do mnie docierało. Jednocześnie pragnęłam uciec, i nie mogłam oderwać od niej wzroku. 
    Nagle zniknęła. Zaparło mi dech w piersiach. Rozejrzałam się na boki. Nic. Z rozszalałym, bębniącym mocno sercem odwróciłam się.
    Stała tuż za mną. Widziałam tylko tę nieludzką twarz. Sparaliżowało mnie. Gdybym potrafiła, krzyknęłabym. Gdybym mogła, popłakałabym się. 
    Znów zniknęła, a potem pojawiła się dalej. I dalej. Następnie ponownie przy mnie, i dalej, dalej... Chciała, żebym za nią poszła. Ruszyła się, nie czując nóg. Nie szłam, płynęłam. Przesuwałam się, podczas gdy ona wskazywała mi drogę. Podążałam za nią, aż na kolejnym z drzew zauważyłam jakieś ciało.
    Wisielec. 
    Zatrzymałam się gwałtownie, patrząc na niego zszokowana. Wtedy czarna postać pojawiła się przed moją twarzą, a potem wycofała, każąc iść dalej. Ruszyłam się, bojąc się zarówno jej, jak i pozostania pryz wisielcu. 
    Następny pojawił się trzy drzewa dalej. Był taki sam, a jednak inny. Mijając go, poczułam silny ból głowy i pieczenie pleców. Później zauważyłam, że trup miał ranę w czaszce i zdartą z pleców skórę. Chciałam zwymiotować, lecz bałam się, że czarna postać znów będzie mnie pospieszać.
    Zaprowadziła mnie and morze. Łagodne białe fale spływały na ciemnoszary żwir. Weszłam za nią do czarnej wody, nie czując jej temperatury ani ruchu, ani nawet lekkiej wilgoci. Patrzyłam w fałszywy bezkres szarego nieba. Kolejna bezbarwna fala spłynęła, a później wróciła do morza. 
    Odsłoniła czarne ciało. Potem przypłynęły kolejne. Tuż przy mojej nodze pojawiła się szara, wynędzniała twarz topielca, unieruchomiona w wyrazie niemego krzyku i przerażenia. Poczułam, że tracę oddech, tak jakby coś zatkało mi krtań. 
    Cofnęłam się nieznacznie. Patrzyłam na to wszystko, podczas gdy zawartość żołądka podchodziła mi do gardła. Tyle oślizgłych, martwych twarzy. Tyle sinych, zgniłych ciał. Czarna postać powędrowała wgłąb morza, ruszając się znowu jak z przerwanej taśmy. Nad nią unosił się biały błysk. Do niego dołączył następny, i jeszcze jeden, a potem zaczęły zbierać się kolejne. Razem tworzyły wielkie światło. Uniosły się do góry. 
    Te błyski miały twarze.
    Tysiące twarzy uniosło się i podleciało do nieba, uderzyło w nie, aż cała ziemia zadrżała. Walnęły ponownie, a potem zaczęły tłuc rytmicznie o niebo. Powstały rysy. Twarze uderzyły znowu, mocniej, a one się powiększyły, rozchodząc cna całą powierzchnię nieba. Wielkie światło po raz ostatni zamachnęło się, a w szarym niebie zrobiła się dziura Twarze zostały przez nią wessane. W następnej chwili wszystko było jak wcześniej  czarna postać stała tuż obok mnie, ale teraz się jej nie bałam. Oczekiwała odpowiedzi.
    Powiedziałam jej, że rozumiem.

    Najpierw poczułam drżenia. Kiedy otworzyłam oczy, cały świat wirował, jak podczas trzęsienia ziemi. Powoli dochodziło do mnie, ze ktoś mnie trzyma, przyciskając do piersi. Nadal nie widziałam wyraźnie, ale kiedy uniosłam głowę, rozpoznałam znajome rysy Phravego. Zerknął na mnie i nasze spojrzenia się spotkały, choć moje było dosyć rozbiegane. Ale na jego widok Pray się uśmiechnął. Powiedział coś do mnie, ale nie usłyszałam, bo znowu odpłynęłam.
    Obudziłam się, tym razem w bezruchu, pół godziny później. Czułam pod sobą wilgotną trawę. Uniosłam się na łokciu, ale i tak zakręciło mi się głowie. W ramieniu wybuchł ból od strzału, jednak zauważyłam, ze Phravy opatrzył mi rękę, podobnie jak zranioną dłoń, która już ledwo piekła. Phravy jak zwykle myślał o innych. Odszukałam go wzrokiem, który za mną rozpalał ognisko.
    Płomień się zwiększył, a on uniósł głowę i uśmiechnął się do mnie.
    - Witaj, Śpiąca Królewno. 
    Uklękłam. Przesunęłam się troszeczkę bliżej ognia. 
    - Masz tu trochę żarcia, pewnie jesteś strasznie głodna - podsunął mi puszkę i kiełbasę. 
    Wyjął bidon i wziął kilka łyków, popijając posiłek. Spostrzegłam, że złamany palec unieruchomił prowizoryczną deską, prawdopodobnie wyciętą z którejś z gałęzi. Ugryzłam trochę swojego kawałka kiełbasy. Miałam ochotę go wypluć, bo było w nim więcej tłuszczu niż mięsa, ale byłam tak głodna, że nie sprawiało mi to większej różnicy. Przeżuwając, rozglądałam się. Wokół było mnóstwo szarych drzew, tylko z góry widziałam trochę ciemnoniebieskiego, ugwieżdżonego  nieba. Gdzieś tam daleko dojrzałam szczyty wieżowców. Wyjęłam nóż z torby i spróbowałam rozciąć puszkę, ale przy mocniejszym użyciu mięśni ręka pulsowała bólem. Odrzuciłam nóż z wściekłością, o mało nie trafiając nim Phravego. Odwrócił się, zabrał mi puszkę i spokojnie zaczął ją otwierać. Ze środka buchnęło nieprzyjemnym zapachem. 
    - Co to jest? - spytałam.
    - Klopsy w sosie grzybowym.
    - Śmierdzi.
    Nie wspomniałam o tym, że nienawidzę klopsów ani grzybów. Wydało mi się to nie na miejscu. 
    - Jest przeterminowane - przyznał.
    Popatrzyłam na wstrętne moim zdaniem kulki w nieco obrzydliwym sosie. Czy tam się coś nie ruszyło?
    - No co ty... Wygląda świeżo... jak na konserwę.
    Phravy przysunął puszkę pod mój nos.
    - Smacznego.  
    - Chyba "przeżyj" byłoby bardziej na miejscu - stwierdziłam, nabierając pierwszą łyżkę.
    Smakowało obrzydliwie, aż wracało do gardła. Jadłam jednak, zatykając sobie nos. Popiłam wodę, ale posmak wciąż pozostał, więc wyjęłam torebkę cukru i wsypałam sobie do buzi. Zadrżałam od tych smakowych doznań. Przesłodziłam się, ale było to lepsze niż pozostające na języku zgniłe klopsy. Phravy w tym czasie siedział oparty o drzewo i czyścił broń. Zauważając mój wzrok, zapytał powoli:
     - A więc co się z tobą działo?
    Nagle coś innego podeszło mi do gardła. Kręciłam się, nie mogąc znaleźć wygodnej pozycji. Usiadłam po turecku przy ognisku, ogrzewając ręce. Ciepło buchało mi w twarz, ale nie przeszkadzało mi to. Od zawsze bałam się ognia, jednak to był ogień, który rozpalił Pray. Ktoś, komu ufałam. Był to ogień bezpieczny. Taki, który nie zrobi my krzywdy. W każdym razie - taką miałam nadzieję. 
    - Nydia? - Phravy odłożył sztylet na bok. 
    Skrzywiłam się. 
    - Po prostu.... zobaczyłam coś.
    Nabrałam dużego oddechu, próbując się uspokoić. Nie chciałam mu o tym mówić. Miałam wrażenie, ze dopóki nie wypowiem tego na głos, to się nie urzeczywistni. I chociaż było to najgorszym kłamstwem, jakie mogłam wymyślić, to chciałam w nie wierzyć. 
    Phravy przysunął się do mnie. Usiadł tak jak ja i parzył na mnie. Wolałabym, aby odszedł. Wiedziałam, że jeśli tu będzie, to wszystko ze mnie wyciągnie. Wrzucił dwie grube gałęzie do ognia, który prawie dotknął mojej twarzy. Taka bliskość już mi się nie podobała. Poczułam lęk i dreszcz biegnący wzdłuż kręgosłupa. Nie byłam pewna, czy wywołał je ogień, czy pytanie Phravego. Ten wyciągnął rękę i wziął mnie za skaleczoną dłoń. Pogładził kciukiem miejsce, gdzie miałam ranę. Bezskutecznie próbował dodać mi otuchy. 
    - Co zobaczyłaś? - ponowił pytanie. 
    Odwróciłam się od niego, choć nie wyrwałam ręki. Nie wyznając mu prawdy, oszukiwałam zarówno jego jak i siebie. Nie powinnam jej przed nim ukrywać, bo to dotyczy również jego, ale to było takie...
    Kiedy przez dziesięć minut nic nie powiedziałam, Phravy dał sobie spokój. Puścił mnie i odszedł, zajmując się swoimi sprawami. Kiedy już mnie nie trzymał, poczułam się, jakbym utraciła ostatnie źródło światła w ciemnym tunelu, choć siedziałam na przeciwko potężnego ognia. Przyszło mi do głowy, aby zapytać Pray'a, gdzie właściwie jesteśmy i czy mądre było rozpalanie ogniska, jednak uznałam, że nie będzie chętny odpowiadać  Poza tym, sokor rozpalił ogień, to znaczy, że nie jest to niebezpieczne. No proszę, w końcu to Phravy. Najzdolniejszy Cień naszego pokolenia, jakiego znam. Wielu uważa go za geniusza, choć ja znam go  raczej jako kompletnego debila. Wiem jednak, ze kiedy żarty się kończą, Pray jest jednym z nielicznych, którym bym zaufała. Dlatego mam takie wyrzuty sumienia, że nic mu nie mówię.
    Gdy słońce kompletnie zaszło, a ogień stał się jedynym źródłem światła, zauważyłam, ze Pray usnął. Trochę mnie to zaskoczyło. Nie tylko dlatego, że zawsze myślał głównie o innych i nie okazywał słabości - co mnie irytowało, bo o siebie nie dbał - a teraz jak mu się zachciało, poszedł spać, ale także zdziwiło mnie to, ponieważ był to wyraz ostatecznego zaufania. Bez upewnienia się o moich zamiarach, położył się, gdy czuwałam na warcie. Sen w czarnym lesie, gdzie wszystko może się zdarzyć, jest jedną z najniebezpieczniejszych rzeczy. Przejście w stan spoczynku w takiej sytuacji wymaga odwagi i olbrzymiego zaufania w stosunku do trzymającego wartę. Pochlebiało mi to tak bardzo, że aż sama się do siebie tępo uśmiechnęłam, czując wszechogarniającą dumę. W dniu, kiedy zdałam sobie sprawę, że ufam Pray'owi, byłam mocno wstrząśnięta, bo znalazł się w gronie naprawdę nielicznym. Ale z wiedzą, że i on ufa mi... nawet nie umiałam tego opisać. 
    Byłam potrzebna. Chciana i akceptowana. I to przez kogoś tak szanowanego przez osoby, wśród których żyliśmy. Poczułam się lepsza, dowartościowana. Ważniejsza niż kiedykolwiek.
    Szkoda więc, że go okłamywałam. 

    Gdy wreszcie wstał, nadal siedziałam przy ognisku. Minęło kilka godzin, i chociaż byłam okropnie zmęczona, nie obudziłam Phravego. Podobało mi się, kiedy odpoczywał, a ja się nim opiekowałam, bo robił to tak rzadko, że nie miałam serca mu przeszkadzać. Po jego minie widziałam, że śni mu się coś przyjemnego.
    Przeciągnął się. Oczy miał jeszcze odrobinę zaspane. Spojrzał w niebo i zmarszczył brwi.
    - Ile spałem? - zapytał niewyraźnie. 
    - Jest około czwartej w nocy.
    Zerwał się.
    - Co...? I ten cały czas ty... - złapał się za głowę i przejechał ręką po włosach. - Przepraszam, nawaliłem. Trzeba było mnie obudzić. Czemu tego nie zrobiłaś?   
    Złamałam suchą gałąź i wrzuciłam do ogniska. Oglądałam, jak płonie. 
    - Lubię patrzeć, kiedy śpisz.
    Zamrugał kilka razy.
    - Jesteś wtedy taki spokojny. 
    Wyprostował się i rozluźnił. Nabrał powietrza, prawdopodobnie chcąc kontynuować wczorajszą rozmowę, ale zrezygnował. Zamiast tego założył bluzę, bo noc była zimna, zresztą dopiero co się obudził. 
    - Dziękuję - stanął nade mną. - Za to, ze czuwałaś przez cały mój sen. 
    Nie odpowiedziałam  zapatrzona w płomienie. Wewnętrznie czułam wyrzuty sumienia, ze nie wyjaśniłam mu, że dla mnie to była przyjemność dać mu chwilę wytchnienia, ale przytłaczały je inne, mocniejsze, związane z tym, co naprawdę było ważne. Obawiałam się tego, ale kiedy w nocy patrzyłam na śpiącego Pray'a, zdałam sobie sprawę, że jeszcze większym okrucieństwem niż wyjaśnienie mu wszystkiego, jest nie zrobienie tego. Gorsze od dbania o jego spokój było dawanie mu fałszywego bezpieczeństwa.
    Przejrzał nasze plecaki i potrząsnął moim bidonem.
    - Starczy ci wody do jutra?
    Nie. Ale to nie ma znaczenia. 
    - Bo wiesz, mogę ci trochę odlać...
    Spojrzałam na niego poważnie.
    - Musimy umrzeć, Pray.  


     

wtorek, 19 lutego 2013

Część I ~Jeden

        Część I

        "Śmierć mówi w moim imieniu"

   1.
    Phravy kucał koło mnie, rozdłubując mokry piasek. Przebierał palcami szybko i sprawnie, jednak nadal niczego nie znalazł. Gdybyśmy chociaż mieli jakiekolwiek pojęcie, jak ma wyglądać ta pomoc z zewnątrz, może szłoby nam lepiej. Czy rozkazy miały być zapisane na czymś? Może chodziło o jakiś symboliczny przedmiot, którego znaczenia powinniśmy się domyślić? Zazwyczaj instrukcje dostawaliśmy bezpośrednio z góry, jednak Phravy zgubił proporczyk, który pozwalał nam skontaktować się z bazą - jak ją nazywałam - i tym samym straciliśmy łączność. W takich wypadkach Stowarzyszenie wysyłało Misjonarzom, czyli Cieniom - czyli nam - pomoc poprzez ziemskie łączniki. Niestety, ja i Phravy nie ustaliliśmy jeszcze z guru konkretów w związku z tym, jak w razie podobnej sytuacji ma wyglądać posłaniec - to jest przedmiot, osoba, sytuacja lub przeczucie mające pomóc nam w wypełnieniu misji. Miałam nadzieję na coś prostego, oczywistego. Inaczej musielibyśmy skupiać się nad każdą małą rzeczą i rozstrzygać, czy zawiera przesłanie - i jakie? 
    Pod nogami przebiegł mi szczur, zatrzymał się, poruszał wąsikami i pobiegł dalej. Czy przenosił jakąś wiadomość? Westchnęłam i spojrzałam na Phravego. 
    - Jak już jakimś cudem się stąd wydostaniemy, przypomnij mi, żebym zgłosiła zażalenie na dobór partnera  - powiedziałam do niego.
    - Nie panikuj - rzekł spokojnie, rozsypując mi na buty trochę żwiru. 
    Strzepnęłam małe kamyki i przetarłam czubek buta rękawem kurtki. Zerknęłam na Phravego. Jasne kosmyki opadły mu trochę na czoło, a szmaragdowe oczy błyszczały ładnie przy ciemnozielonej kurtce, jakie musieliśmy nosić. W skupieniu przebierał długimi palcami w ziemi, w całości zatracając się w tym, co robił. Na zewnątrz wydawał się spokojny, jednak wiedziałam, że w środku pewnie płonął ze strachu i wściekłości na siebie. Prawdopodobieństwo, że dostanie Pokutę za zgubienie proporczyka było bardzo duże. Za duże, aby karmić się nadzieją. Być może Sąd Najwyższy będzie dla niego łaskawy ze względu na to, że jest nowicjuszem bez doświadczenia, lecz nic nie było pewne, a nie chciałam mu dawać powodów do nadziei, bo mógłby się śmiertelnie zawieść. 
    Wychyliłam głowę znad niskiego murku, za którym klękaliśmy. Była już noc, niebo zrobiło się prawie czarne, i mimo księżyca na niebie mało dało się zobaczyć. Na szczęście ci ludzi zapalili lampy - zupełnie jakby nie obawiali się niczego i nikogo. 
    Tłoczyli się w małej grupce w świetle latarni. Mężczyźni ci rozmawiali, żywo gestykulując, lecz - chociaż się tego spodziewałam - nie wybuchła żadna kłótnia, mimo iż parę razy któryś podnosił głos i atmosfera robiła się napięta. Jeden z nich, prawdopodobnie dowódca, stał z boku i przypatrywał się reszcie, paląc papierosa. Co jakiś czas wtrącał się do konwersacji, zazwyczaj aby opanować mężczyzn. Raz prawie doszło do bójki, ale wtedy on odciągał od siebie napastników, a po kilku jego słowach podawali sobie dłonie.  
    Za nimi dostrzegłam zarys domku. Był na swój sposób uroczy. Na ganku widziałam jakiś ruch i doszłam do wniosku, że to strażnicy, bo poruszali się równocześnie  w tym samym tempie i ustalonym, powtarzającym się szyku. Po paru minutach z kominka zaczął wydostawać się dym, co było do przewidzenia, zważając, że na dworze było zimno nawet jak na jesienną noc. Odetchnęłam głęboko mroźnym powietrzem, z moich ust wydostała się para. Obejrzałam się na naszą kryjówkę. Klęczeliśmy za gipsowanym murkiem w głębokim cieniu. Tuż przy nas stały wielkie tiry z cysterną. Po prawo ciągnęły się ustawione w kolumnach skrzynki i kartony, tworząc szereg korytarzy, które potem zamieniały się w labirynt z wysokich, równo przystrzyżonych krzewów. Była już jesień, lecz gdzieniegdzie dostrzegłam ostatki po kwitnięciu róż. 
    Nie skupiałam się jednak na tym, jak nienaganny tworzył się tam krajobraz, lecz na procentach szans naszej ucieczki. Czy ten labirynt miał wiele ślepych uliczek? Musielibyśmy jak najczęściej unikać takich miejsc, gdyż przeskoczenie przez krzew skutkowałoby na pewno poranieniem się do krwi przez ostre kolce. Czy ci mężczyźni znają to miejsce na pamięć? Miałam nadzieję, że udałoby się uniknąć starcia z nimi, na wszelki wypadek mieliśmy oboje po nożu kuchennym, a Phravy dodatkowo karabin, naładowany tylko czterema nabojami. Spojrzałam na niego.            
    - Masz coś? - spytałam cicho.
    - Nie - odparł sucho.
    Zerknęłam na żołnierzy. Dowódca wyrzucił niedopałek i zgniótł butem. Machnął w naszą stronę i coś krzyknął do swoich ludzi, byłam jednak za daleko, by cokolwiek wychwycić. Mężczyźni zaczęli się do nad zbliżać. Paru z nich stanęło koło pierwszej wieżyczki ze skrzynek i zdjęło, a potem wniosło je do tira zaparkowanego niedaleko. Czemu wcześniej się nie domyśliłam? 
    Skrzynki ciągnęły się w szeregu jeszcze długo za naszą kryjówką, więc niedługo niechybnie nas ujrzą. Zagryzłam wargi i popatrzyłam na Phravego, który dalej w milczeniu skubał piasek, z tą jego dziwną melancholią podczas wykonywania poleconego mu zadania. 
    - Dalej, Phravy, pospiesz się.
    Zmarszczył brwi, ale na mnie nie spojrzał.
    - Robię, co mogę - odburknął. 
    - Może tu nic nie ma - stwierdziłam. - Poszukamy gdzie indziej, najwyżej tu wrócimy.
    Przewrócił oczami albo tylko tak mi się zdawało, ale wydało mi się, że w kontekście sympatycznym. 
    - To na pewno gdzieś tutaj jest - odparł. - Daj mi jeszcze trochę czasu, a coś znajdę.
    Popatrzyłam w kierunku zbliżających się żołnierzy.
    - Nie ode mnie zależy, ile będziesz miał czasu.
    Oblizał usta.
    - Jeszcze chwilę.
    Tamci wnieśli już dwie pierwsze wieże. Byli zbyt blisko nas. Martwiłam się, że nas zauważą. Czasami wręcz cieszyłam się, kiedy misja miała krwawe zakończenie, lecz tym razem polecono nam być cicho i nie zwracać na siebie uwagi. Mnie również korciło, aby podejść i chociażby strzelić któremuś kulkę w łeb, ale wolałam zastosować się do rozkazów. To była moja mała niepisana umowa, że tym razem będę grzeczna, bo ostatnim tak nawaliłam.
    - Naprawdę, wrócimy tu jutro.
    - Już nic tu jutro nie będzie, a ze zgliszcz raczej wiele nie wygrzebię - odparł Phravy.
    Miał rację. Kiedy zbiorą wszystko, spalą to miejsce. Więc tym bardziej groziło nam niebezpieczeństwo. Zerknęłam na gmerające palce Phravego w mokrej ziemi. Sprawiał wrażenie, jakby się bawił.
    - Do diabła, Phravy, zgęszczaj ruchy! Chcesz tu spłonąć? - syknęłam.   
    Westchnął.
    - Biorąc pod uwagę tonację dźwięków, jakie z siebie wydajesz, to ty chcesz tu zginąć. Chyba, że drzesz się, bo chcesz zaprosić ich na herbatkę. Och, a może pomogą mi nawet szukać czegoś, co nie wiem nawet czy istnieje? - zezłościł się.
    I znowu miał rację. Skąd mieliśmy mieć pewność, że Stowarzyszenie w ogóle wysłało nam jakiś znak?
    - Przepraszam - powiedziałam po chwili.
    - W porządku. Też jestem nabuzowany - przyznał. 
    Uśmiechnęłam się smutno.
    - Właściwie już dawno przestałam angażować się uczuciowo.
    Popatrzył na mnie przelotnie i z zainteresowaniem, a potem wrócił do gmerania.
    Obserwowałam, jak mężczyźni skrzynka po skrzynce i karton po kartonie byli coraz bliżej. Miałam pewne wyjście z sytuacji. Zagrażające naszej pozycji, odkrywające nas przed nimi i bardzo ryzykowne. Ale mogliśmy uniknąć wielu ofiar, a na tym nam zależało. 
    Dźgnęłam Phravego łokciem. 
   - Mam plan - szepnęłam. 
    Wypuścił piasek z pomiędzy palców i zasępił się.
    - To go zrealizuj. 
    Wrogowie zbliżali się nieubłaganie, a chociaż mój wymysł wydawał się absurdalny, nie potrafiłam znaleźć lepszego.
    - Jak on brzmi? - spytał po chwili.
    - Strzelę do dowódcy, a w czasie jak tamci będą panikować i robić zamieszanie, my uciekniemy.
    Spojrzał na mnie z niedowierzaniem i lękiem. 
    - Oszalałaś? - warknął.
    Popatrzyłam na niego z wyrzutem.
    - Masz inny pomysł?
    Otwierał usta, aby coś powiedzieć, ale po chwili je zamknął. Zdecydował się na:
    - Nie.
    - No właśnie.
    - Ale mimo to... - zerknął na mnie, a potem odetchnął głęboko. - Ok, ale ty strzelasz. Ja już i tak dostanę wystarczającą Pokutę. 
    Kiwnęłam głową i ustawiłam karabin, który mi podał. Starannie wycelowałam w głowę dowódcy, który stał przed tirem z cysterną. Mówił coś do chłopaka stojącego niedaleko. Odetchnęłam głęboko i wypuściłam powietrze, naciskając spust.
    Ale zanim kula dotarła, tamten przesunął się o centymetr, a pocisk trafił w cysternę. Co prawda mój cel został osiągnięty, po wybuch zmiótł ze trzech ludzi, ale nie do końca o to mi chodziło.
    - I cały plan w pizdu... - jęknęłam, wciągając powietrze z sykiem.
    Ogień pożarł dowódcę w chwilę, spalając go natychmiast. W szoku pozostałam z otwartą gębą.
    - Phravy...
    Któryś z pozostałych żołnierzy, ufarbowany na fioletowo, zauważył mnie i krzyknął. Popatrzyłam na Phravego, który zdawał się niczego nie dostrzegać.
    - Pray! 
    - Co? 
    Facet wymierzył do nas z pistoletu.
    - Uciekamy. 
    - Co...
    - Już! - krzyknęłam i pchnęłam go mocno w stronę skrzynek. 
    Ledwo opuściliśmy naszą kryjówkę, murek rozpadł się na kawałki. Ignorując słowa protestu Phravego, pociągnęłam go za sobą korytarzem skrzynek. Nad nami wybuchła jedna z nich, cudem nie raniąc nas w głowę. Szarpnęłam Phravego, by się pospieszył, a następnie wypchnęłam przed siebie.
    - Ruchy! - warknęłam do niego.
    Po dłuższej chwili, pełnej napięcia związanego z tym, jak łatwym byliśmy celem, wydostaliśmy się do labiryntu. Wbiegliśmy między krzewy, skręciliśmy w lewo, potem w prawo. Żołnierze wybiegli na nas z boku z podniesionymi pistoletami. Phravy strzelił do jednego z nich, złapał mnie za rękę i szarpnął, uciekając. Minęliśmy kilka zakrętów, w oddali słysząc ciche walenie butów naszych wrogów. Ruszyliśmy prostą drogą. 
   Zza krzaka wypadł na nas żołnierz, odwróciliśmy się, aby uciec, ale z tyłu wybiegł kolejny. Phravy w sekundę wycelował w niego, dziurawiąc mu czoło. Nagle upadł, a z jego łydki trysnęła krew. Ruszyłam się, ale drugi mężczyzna rzucił mi pod nogi jakieś pudełko i upadłam na twarz. Natychmiast się uniosłam. Człowiek podniósł ramię, przyłożył oko do celu i wymierzył mi w czoło. 
    Wtedy jego głowa wzbogaciła się o dziurkę między oczy, a naciśnięty spust wystrzelił nade mną.
    Odwróciłam się. Phravy leżał na plecach z karabinem na brzuchu. Wyrzucił broń, bo zużył ostatni pocisk i z trudem wstał. Pobiegliśmy dalej. 
    Gdy potykał się lub zwalniał, popychałam go albo zręcznym ruchem podniosłam z ziemi. Za nami usłyszeliśmy coraz głośniejsze wystrzały. Nagle Phravy przewrócił się. Dokładnie w tym samym momencie zza rogu wybiegła horda żołnierzy. 
    Przyspieszyłam diametralnie, zasłaniając im Pray'a. Dobiegłam do niego, złapałam za ramię, podniosłam, szarpnęłam i zmusiłam do biegu. Czułam jego kulejący ciężar, ale nadal nie wypuszczałam go z uchwytu. Skręciliśmy, a potem biegliśmy na oślep. Gdy odgłosy kul nieco ucichły, spytałam:
    - W porządku?
    Musiałam nabrać mocnego oddechu, aby mi odpowiedzieć.
    - Jasne. Jestem jak nowo narodzony.
    - To świetnie - odparłam.      
    Skręciliśmy znowu w lewo, biegliśmy chwilę, a potem trafiliśmy na ślepy zaułek. 
    - Cholera - wysapał Pray. 
    Zgiął się wpół i podparł na kolanach. Ciężko dyszał i z trudem łapał oddech. Skrzywił się, siadając przy krzewie i spojrzał na mnie. 
    - Co teraz? - spytał, przełykając głośno ślinę.   


Od autorki (jak to dumnie brzmi, puszę się z dumy):


Zgodnie ze starą tradycją Cieni, imię dziecka płci męskiej ma odzwierciedlać pewną cechę jego charakteru lub jakkolwiek inaczej się z nim wiązać, dodatkowo niektórzy tradycjonaliści przestrzegają zasady, która mówi o tym, że w owym imieniu musi znajdować się litera "h". Dlatego też, idąc za tym:
Phravy - prawy (skrót Pray wywodzi się z angielskiego i oznacza modlitwę, co również jest powiązane, gdyż Phravy nie ma w sobie ani kropli szatańskiej krwi)
Lhuty - luty (ze staropolskiego: srogi, groźny, dziki)
Khiller - z ang. "zabójca"
Mhrok - mrok
Hrom - chromy: kaleki, kulawy
Bhak - bak: krzyk
Falen - falenie: chwała, dziękczynienie
Rhad - rad: szczęśliwy, radosny
Vhredny - wredny
A poza tym z góry przepraszam za jakiekolwiek błędy, i jeżeli ktoś jakiś zauważy, proszę o komentarz :)


poniedziałek, 18 lutego 2013

Prolog

    Zbudził mnie przerażający ból. Promieniował wzdłuż kręgosłupa. Ogień wybuchł w mojej głowie, a jego silne płomienie sięgały do najdalszych zakamarków mojego ciała. W uszach bulgotała krew, zagłuszając inne dźwięki. Miałam wrażenie, jakby coś wypełniało mnie od środka - pikająca bomba - i za chwilę rozerwie mnie na strzępy. Z mojego gardła wydobył się ryk. W mojej głowie wrzało od tysięcy ognistych, zakończonych ostrymi jak brzytwa kolcami gwiazdek, które próbowały mi ją rozwalić. Przed oczami migały mi niewyraźne obrazy. Czułam gorąco wytworzone przez rozszalałe komórki mojego ciała, które pękało pod naporem obcej siły zabijającej mnie od wewnątrz. Ogień palił mi gardło sprawiając, że ciężko mi było choć lekko odetchnąć. Zacisnęłam oczy i pięści, w duchu szepcząc "nie", gdy coś wykręciło mi kręgosłup. Jęknęłam, błagając cicho, aby to wreszcie się skończyło. Ból rozprzestrzenił się, a potem szarpnął moje ciało, aż zaryczałam. Z oczu wyciekły mi łzy, na zmianę zimne i gorące. Zadławiłam si nimi i zakaszlałam. Ochrypniętym głosem ponownie wrzasnęłam, kiedy poczułam jak demon łamie mi kręgosłup. Nie mogłam już wytrzymać. Oddałabym wszystko, by to się skończyło. Czerń pochłonęła mnie. Gdy znów odzyskałam świadomość, leżałam wygięta na łóżku. Przez ból straciłam przytomność, lecz on znów mnie obudził. Oderwał mnie od pościeli i sprawił, że zawyłam niczym opętany zwierz. Poczułam przeszywający ból w plecach, a później ogień tak silny, że miałam wrażenie, że spalił mnie doszczętnie. Zadławiłam się, podczas gdy pieczenie i panika nasilały się. Poczułam, jak skóra na moich plecach rozrywa się i usłyszałam, kiedy krew chlupnęła na ściany. Nie panowałam nad łzami, które z moich przekrwionych oczu zrobiły wodospad. Zatrzęsłam się. Czułam, jak kręgosłup porusza się w moim ciele, przez co splunęłam krwią. Było to tak obrzydliwe i sprawiało tyle cierpienia, że skuliłam głowę i objęłam ją rękoma, rycząc i czekając z nadzieją na zbawienny koniec. Ogień spalał mnie żywcem, robił miazgę z mego mózgu. Cofnęło mi się w żołądku, podeszło do zaschniętego gardła. Jęknęłam, a później zwymiotowałam pod nogi. Czułam spływającą po plecach krew i demona wypełniającego moją głowę. Pokazywał mi obrazy, które do tej pory gnieździły się w głębi mojej świadomości.
   Po oczach biło jaskrawe światło. Na początku go nie rozpoznałam, później zrozumiałam, że to wielki ogień ogarniający cały widok. Sięgał od suchej ziemi aż do nieba, które odbijało czerwień niewiarygodnie potężnych płomieni. Było ciemno, z tylu, zza lasu, wychylał się srebrny księżyc. Znajdowałam się na polanie, a dalej była drewniana wieś Po moich bokach stało dwóch starców w długich szatach w kolorze głębokiej czerni - prawie nie było ich widać w ciemnościach. Parę metrów przed nami w rozsypce biegło kilka osób ubranych w obcisłe stroje, przy pasach zaczepione mieli ostrza. Wszyscy skupiali się na ogniu, a dokładniej widowisku rozgrywającym się u jego podnóży. Utworzył się tam krąg złożony z tajemniczych postaci w amarantowych, turkusowych lub krwistoczerwonych szatach z głębokimi kapturami, które zsunęły się w niedawnym ferworze walki, o czym świadczyły plamy świeżej krwi na ubraniach. Unieśli ręce do góry. W środku kręgu klęczały dwie osoby - zakrwawione, brudne, poranione i bezsilne. Jedną z nich był mężczyzna, poznałam to po posturze, lecz nie dostrzegłam jego zniekształconych przez tańczące cienie wywołane ogniem rysów. Mimo to ujrzałam grymas bólu na jego twarzy. Koło niego była kobieta. Młoda i olśniewająco piękna, nawet pomimo stanu, w jakim się znajdowała. Z jej błyszczących błękitnych oczu okolonych gęstymi rzęsami spływały łzy wielkie jak grochy. Sine usta splamione czerwienią poruszały się w szepcie, a drżące dłonie trzymały pocięty brzuch, z którego hektolitrami wypływała krew, plamiąc bluzkę i ręce. Przeciekła między palcami, wdarła się za spodnie i ufarbowała ziemię. Kobieta uniosła głowę, a nasze spojrzenia się spotkały. Nie wiem, czy dla innych też była taka wspaniała, ale dla mnie lśniła i emanowała pięknem, dobrocią oraz krystaliczną czystością. Przy oczach pojawiły się niewielkie mimiczne zmarszczki, gdy uśmiechnęła się do mnie. Wiatr zawiał jej delikatnie w brudną twarz i rozczochrał sklejone krwią włosy. Jej usta poruszyły się, gdy mówiła, patrząc na mnie intensywnie, jakby chciała zapamiętać moją twarz na zawsze. Nim odeszła, rozpoznałam ciche słowa wyznania miłości. W moim sercu zagnieździł się żal. Nie chcąc jej stracić, wyciągnęłam w jej stornę rączki.
    Rączki niemowlęcia. 
    Zarzuciło mnie do przodu, gdy zwymiotowałam sporą ilością krwi. Kości znów się poruszyły, jakby chciały wyślizgnąć się z mojego ciała. Czułam pod sobą mokra plamę. Skóra rozdarła się szerzej, a ja wydusiłam z siebie kolejny krzyk. Oddychałam ciężko, źrenice rozszerzyły mi się tak, że do tej pory przytłumione światło raziło mnie po oczach. Widok zalał się czerwienią. Wiercenie w głowie nasiliło się, gdy wyświetlił mi się następny obraz. 
    Patrzyłam na nich z góry. Czterech nabitych mężczyzn prowadziło zakapturzonego starca w czarnej szacie. Nadgarstki miał ściśle unieruchomione kajdankami, których łańcuchy mocno trzymał człowiek o długich srebrnych włosach i ciemnych oczach, Jego twarz była zszarzała i pełna zmarszczek - choć nie wyglądał na starego - a spojrzenie emanowało nienawiścią i pogardą. Wepchnęli starca do ciemnej celi. Brudne, szare ściany i ziemia z kamienia poplamione były dawno zaschłą krwią, która w nie wsiąkła. W środku znajdowały się tylko cztery czarne haki. Unieruchomili więźnia, a później zawiesili kajdany o haki i pociągnęli łańcuchy, tak że starzec podniósł się do góry. Przywiązali mu kostki do dwóch haków na dole. Ścisnęli tak, że skóra na jego nadgarstkach zaczerwieniła się. Starzec ani razu nie jęknął. Mężczyzna o srebrnych włosach wyjął podłużną, owalną miskę. Pozbawił ją pokrywki, odkrywając lśniącą, jasnozieloną ciecz. Z pochwy wysunął spore ostrze, które błysnęło w nikłym świetle wpadającym przez małą szczelinę do celi. Mężczyzna zanurzył powoli miecz w kleistej substancji. Uniósł go do góry. Zielona kropla spadła z powrotem do miski. Ostrze było pokryte lśniącą mieszanką, która szybko stężała. Człowiek obejrzał ją dokładnie i z namaszczeniem przesunął placem wzdłuż klingi, na której wygrawerowane były znaki w Starym Języku. Zostały jednak tak przerobione, że nie dało się nic wyczytać. Długowłosy spojrzał z nienawistnym uśmiechem w stronę starca. Tamten, ze spuszczoną głową i spokojną miną, nawet na niego nie patrzył. Mężczyzna odezwał się w Starym Języku: "a teraz zdechniesz, zdradziecki psie". Uniósł ostrze do góry, wypowiadając cicho jakieś słowa. Tuż przed tym, jak opuścił miecz, starzec podniósł głowę. jego oczy - pełne opanowania, pokory i mądrości - patrzyły na niego tajemniczo. Otworzył usta, aby coś powiedzieć, ale nie dane mi było dowiedzieć się co, bo widok rozmazał się niczym obraz na płótnie oblany wodą.  
    Kiedy powróciłam na jawę, ujrzałam koło siebie człowieka w białym kitlu. Wzrok nadal miałam rozbiegany, a uszy zatkane krwią. W mojej głowie wirowały setki myśli po tym, co mi pokazano. Ona wiedziała o tym od zawsze, bo w przeciwieństwie do mnie, nie była bierna. Z mojego gardła wydobył się słaby jęk, bo nie miałam już sił się bronić. Mój mózg wyłączał się ze stanu czuwania, choć wszechogarniający ból wciąż panował nad moim ciałem. Cofnęło mi się z żołądka i rzygnęłam mieszanką wymiocin i krwi. Ktoś wcisnął mi na siłą coś do buzi i zmusił do połknięcia. Ból na chwilę ustąpił, ale potem powrócił ze zdwojoną siłą. Wszystko się ze mnie wylało - krew, łzy i żółć. Było mi potwornie gorąco. Poczułam, jak kości znów się poruszają i zagryzłam usta tak mocno, że z warg i języka wypłynęła krew. Szarpnęłam pościel, warczą donośnie. Na chwilę coś zatkało mi gardło, a ja zgięłam się wpół, gdy następna kość napięła mi skórę, a później rozdarła ją jak papier., wydostając się na zewnątrz. Ogień zamglił mi oczy. Próbowała pokazać mi coś jeszcze, ale byłam zbyt słaba, aby móc to odebrać. Nagle znieruchomiałam, a Ona wypełniła moją głowę swoją obecnością. 
    Byłą gotowa zadać mi największy ból, aby tylko zrobić swoje. Znałam jej determinację. Była sadystką i próbowała ze mnie zrobić swoją ofiarę. A ja byłam gotowa na wszystko, by tylko odebrała mi ten ból. Znalazłam jej rdzeń - a właściwie swój, który dzieliłyśmy - i dotarłam do niej.
     Przestań...    
     Mój głos rozniósł się echem. Doznała szoku. Na chwilę przestała bombardować moja głowę.Czuła się przytłoczona i skonsternowana. Wycofała się nieco. Przekazała mi swoje zdziwienie, jednak nadal sprawiała mi przeraźliwy ból. 
     Proszę...  
     Wycofała się jeszcze bardziej. Ostrożnie wytężyła słuch. Niepewnie spróbowała się ze mną skontaktować, lecz nie wyszło jej i zażenowana, ponowiła swój atak, obezwładniając mnie. Tak okazywała swoje rozczarowanie i wstyd. Odetchnęłam głęboko. W głowie kotłowało mi się od jej zróżnicowanych uczuć.
    Proszę... - powtórzyłam. Jej myśli na chwilę zwolniły. Wypełniło mnie jej zdenerwowanie. Z trudem wyszeptała mi do ucha:
    Pro-szę...
    Nie umiała posługiwać się innymi słowami. Z radości, wykręciła mi kręgosłup. Wrzasnęłam, a ona powoli, niezdarnie wypowiedziała kolejne słowo:
   Psze... pra... pszam...
   Wypuściłam powietrze , a z oczu wypłynęły mi łzy. Wciąż bolało okropnie, ale miałam z nią kontakt. 
    To... boli... - wypowiedziałam słabym głosem.
    Bo...li... - powtórzyła za mną. - Bo...li... - powiedziała znów, jakby podobało jej się to słowo. - Przy... kro...
    Bła... - zaczęłam, jednak nie kończyłam, bo uderzyła mnie, dławiąc i rozprzestrzeniając ból na całe moje ciało. Zaryczałam, gdy kości wysunęły się dalej z mojego ciała. Ogień połykał mnie w całości. Miałam wrażenie, że nie wytrzymam i rozpadnę się na małe kawałeczki. Z gardła wydobył się dziki wrzask. Wygięła mnie.Oczy latały w każdą stronę.
    Kiedy drzwi się otworzyły, myślałam, że to piekło. Czułam się, jakby spalała moją duszę, deptała ją i rozrywała na pół. Zawyłam. Zadrżałam, z moich ust wylała się krew. Poruszyłam oczami. W drzwiach stał mężczyzna. 
    Jej nienawiść zawładnęła mną, wypełniając krwiobieg, była tak silna, że ja sama zaczęłam go nienawidzić. Jednym szybkim ruchem ruszyłam z miejsca, nie zważając na ból, i rzuciłam się na niego. Przyparłam go do ściany, ściskając za gardło. Jedynym pragnieniem było pozbawienie go życia. Ból i ogień w sercu wzbudziły we  mnie naprawdę silną agresję. Ścisnęłam mocniej, a mało nie skręcając mu karku, gdy ktoś szarpnął mnie do tyłu, odciągając od niego. Zamachnęłam się i udrapałam tego kogoś tak mocno, że bryznęło trochę krwi. Zignorował to i ciągnął dalej. Krzyknęłam paraliżująco. Wsunięto mi do gardła jakieś liście. Soki puściły i wdarły się przełykiem do żołądka. Zatrzęsłam się. Przed oczami pojawiły się mroczki. Ona wyraziła swoje niezadowolenie poprzez złamanie mi prawej nogi. Wydarłam się, upadając ciężko na ziemię. Zanim odpłynęłam, zadałam jej jedno pytanie
     Czy masz jakieś imię?
     Zaskoczyłam ją. Niepewnie wyszeptała:
     Imię... - zawahała się, szukając go w  głębi swoich wspomnień. W jej głowie wybuchł ogień tęsknoty i żalu. - Imię... imię...
     Zapłakałam po raz ostatni, słysząc jej głos niczym echo.
     Imię... imię... Lydia...
    Zarzuciło mnie w błogą ciemność.