wtorek, 19 lutego 2013

Część I ~Jeden

        Część I

        "Śmierć mówi w moim imieniu"

   1.
    Phravy kucał koło mnie, rozdłubując mokry piasek. Przebierał palcami szybko i sprawnie, jednak nadal niczego nie znalazł. Gdybyśmy chociaż mieli jakiekolwiek pojęcie, jak ma wyglądać ta pomoc z zewnątrz, może szłoby nam lepiej. Czy rozkazy miały być zapisane na czymś? Może chodziło o jakiś symboliczny przedmiot, którego znaczenia powinniśmy się domyślić? Zazwyczaj instrukcje dostawaliśmy bezpośrednio z góry, jednak Phravy zgubił proporczyk, który pozwalał nam skontaktować się z bazą - jak ją nazywałam - i tym samym straciliśmy łączność. W takich wypadkach Stowarzyszenie wysyłało Misjonarzom, czyli Cieniom - czyli nam - pomoc poprzez ziemskie łączniki. Niestety, ja i Phravy nie ustaliliśmy jeszcze z guru konkretów w związku z tym, jak w razie podobnej sytuacji ma wyglądać posłaniec - to jest przedmiot, osoba, sytuacja lub przeczucie mające pomóc nam w wypełnieniu misji. Miałam nadzieję na coś prostego, oczywistego. Inaczej musielibyśmy skupiać się nad każdą małą rzeczą i rozstrzygać, czy zawiera przesłanie - i jakie? 
    Pod nogami przebiegł mi szczur, zatrzymał się, poruszał wąsikami i pobiegł dalej. Czy przenosił jakąś wiadomość? Westchnęłam i spojrzałam na Phravego. 
    - Jak już jakimś cudem się stąd wydostaniemy, przypomnij mi, żebym zgłosiła zażalenie na dobór partnera  - powiedziałam do niego.
    - Nie panikuj - rzekł spokojnie, rozsypując mi na buty trochę żwiru. 
    Strzepnęłam małe kamyki i przetarłam czubek buta rękawem kurtki. Zerknęłam na Phravego. Jasne kosmyki opadły mu trochę na czoło, a szmaragdowe oczy błyszczały ładnie przy ciemnozielonej kurtce, jakie musieliśmy nosić. W skupieniu przebierał długimi palcami w ziemi, w całości zatracając się w tym, co robił. Na zewnątrz wydawał się spokojny, jednak wiedziałam, że w środku pewnie płonął ze strachu i wściekłości na siebie. Prawdopodobieństwo, że dostanie Pokutę za zgubienie proporczyka było bardzo duże. Za duże, aby karmić się nadzieją. Być może Sąd Najwyższy będzie dla niego łaskawy ze względu na to, że jest nowicjuszem bez doświadczenia, lecz nic nie było pewne, a nie chciałam mu dawać powodów do nadziei, bo mógłby się śmiertelnie zawieść. 
    Wychyliłam głowę znad niskiego murku, za którym klękaliśmy. Była już noc, niebo zrobiło się prawie czarne, i mimo księżyca na niebie mało dało się zobaczyć. Na szczęście ci ludzi zapalili lampy - zupełnie jakby nie obawiali się niczego i nikogo. 
    Tłoczyli się w małej grupce w świetle latarni. Mężczyźni ci rozmawiali, żywo gestykulując, lecz - chociaż się tego spodziewałam - nie wybuchła żadna kłótnia, mimo iż parę razy któryś podnosił głos i atmosfera robiła się napięta. Jeden z nich, prawdopodobnie dowódca, stał z boku i przypatrywał się reszcie, paląc papierosa. Co jakiś czas wtrącał się do konwersacji, zazwyczaj aby opanować mężczyzn. Raz prawie doszło do bójki, ale wtedy on odciągał od siebie napastników, a po kilku jego słowach podawali sobie dłonie.  
    Za nimi dostrzegłam zarys domku. Był na swój sposób uroczy. Na ganku widziałam jakiś ruch i doszłam do wniosku, że to strażnicy, bo poruszali się równocześnie  w tym samym tempie i ustalonym, powtarzającym się szyku. Po paru minutach z kominka zaczął wydostawać się dym, co było do przewidzenia, zważając, że na dworze było zimno nawet jak na jesienną noc. Odetchnęłam głęboko mroźnym powietrzem, z moich ust wydostała się para. Obejrzałam się na naszą kryjówkę. Klęczeliśmy za gipsowanym murkiem w głębokim cieniu. Tuż przy nas stały wielkie tiry z cysterną. Po prawo ciągnęły się ustawione w kolumnach skrzynki i kartony, tworząc szereg korytarzy, które potem zamieniały się w labirynt z wysokich, równo przystrzyżonych krzewów. Była już jesień, lecz gdzieniegdzie dostrzegłam ostatki po kwitnięciu róż. 
    Nie skupiałam się jednak na tym, jak nienaganny tworzył się tam krajobraz, lecz na procentach szans naszej ucieczki. Czy ten labirynt miał wiele ślepych uliczek? Musielibyśmy jak najczęściej unikać takich miejsc, gdyż przeskoczenie przez krzew skutkowałoby na pewno poranieniem się do krwi przez ostre kolce. Czy ci mężczyźni znają to miejsce na pamięć? Miałam nadzieję, że udałoby się uniknąć starcia z nimi, na wszelki wypadek mieliśmy oboje po nożu kuchennym, a Phravy dodatkowo karabin, naładowany tylko czterema nabojami. Spojrzałam na niego.            
    - Masz coś? - spytałam cicho.
    - Nie - odparł sucho.
    Zerknęłam na żołnierzy. Dowódca wyrzucił niedopałek i zgniótł butem. Machnął w naszą stronę i coś krzyknął do swoich ludzi, byłam jednak za daleko, by cokolwiek wychwycić. Mężczyźni zaczęli się do nad zbliżać. Paru z nich stanęło koło pierwszej wieżyczki ze skrzynek i zdjęło, a potem wniosło je do tira zaparkowanego niedaleko. Czemu wcześniej się nie domyśliłam? 
    Skrzynki ciągnęły się w szeregu jeszcze długo za naszą kryjówką, więc niedługo niechybnie nas ujrzą. Zagryzłam wargi i popatrzyłam na Phravego, który dalej w milczeniu skubał piasek, z tą jego dziwną melancholią podczas wykonywania poleconego mu zadania. 
    - Dalej, Phravy, pospiesz się.
    Zmarszczył brwi, ale na mnie nie spojrzał.
    - Robię, co mogę - odburknął. 
    - Może tu nic nie ma - stwierdziłam. - Poszukamy gdzie indziej, najwyżej tu wrócimy.
    Przewrócił oczami albo tylko tak mi się zdawało, ale wydało mi się, że w kontekście sympatycznym. 
    - To na pewno gdzieś tutaj jest - odparł. - Daj mi jeszcze trochę czasu, a coś znajdę.
    Popatrzyłam w kierunku zbliżających się żołnierzy.
    - Nie ode mnie zależy, ile będziesz miał czasu.
    Oblizał usta.
    - Jeszcze chwilę.
    Tamci wnieśli już dwie pierwsze wieże. Byli zbyt blisko nas. Martwiłam się, że nas zauważą. Czasami wręcz cieszyłam się, kiedy misja miała krwawe zakończenie, lecz tym razem polecono nam być cicho i nie zwracać na siebie uwagi. Mnie również korciło, aby podejść i chociażby strzelić któremuś kulkę w łeb, ale wolałam zastosować się do rozkazów. To była moja mała niepisana umowa, że tym razem będę grzeczna, bo ostatnim tak nawaliłam.
    - Naprawdę, wrócimy tu jutro.
    - Już nic tu jutro nie będzie, a ze zgliszcz raczej wiele nie wygrzebię - odparł Phravy.
    Miał rację. Kiedy zbiorą wszystko, spalą to miejsce. Więc tym bardziej groziło nam niebezpieczeństwo. Zerknęłam na gmerające palce Phravego w mokrej ziemi. Sprawiał wrażenie, jakby się bawił.
    - Do diabła, Phravy, zgęszczaj ruchy! Chcesz tu spłonąć? - syknęłam.   
    Westchnął.
    - Biorąc pod uwagę tonację dźwięków, jakie z siebie wydajesz, to ty chcesz tu zginąć. Chyba, że drzesz się, bo chcesz zaprosić ich na herbatkę. Och, a może pomogą mi nawet szukać czegoś, co nie wiem nawet czy istnieje? - zezłościł się.
    I znowu miał rację. Skąd mieliśmy mieć pewność, że Stowarzyszenie w ogóle wysłało nam jakiś znak?
    - Przepraszam - powiedziałam po chwili.
    - W porządku. Też jestem nabuzowany - przyznał. 
    Uśmiechnęłam się smutno.
    - Właściwie już dawno przestałam angażować się uczuciowo.
    Popatrzył na mnie przelotnie i z zainteresowaniem, a potem wrócił do gmerania.
    Obserwowałam, jak mężczyźni skrzynka po skrzynce i karton po kartonie byli coraz bliżej. Miałam pewne wyjście z sytuacji. Zagrażające naszej pozycji, odkrywające nas przed nimi i bardzo ryzykowne. Ale mogliśmy uniknąć wielu ofiar, a na tym nam zależało. 
    Dźgnęłam Phravego łokciem. 
   - Mam plan - szepnęłam. 
    Wypuścił piasek z pomiędzy palców i zasępił się.
    - To go zrealizuj. 
    Wrogowie zbliżali się nieubłaganie, a chociaż mój wymysł wydawał się absurdalny, nie potrafiłam znaleźć lepszego.
    - Jak on brzmi? - spytał po chwili.
    - Strzelę do dowódcy, a w czasie jak tamci będą panikować i robić zamieszanie, my uciekniemy.
    Spojrzał na mnie z niedowierzaniem i lękiem. 
    - Oszalałaś? - warknął.
    Popatrzyłam na niego z wyrzutem.
    - Masz inny pomysł?
    Otwierał usta, aby coś powiedzieć, ale po chwili je zamknął. Zdecydował się na:
    - Nie.
    - No właśnie.
    - Ale mimo to... - zerknął na mnie, a potem odetchnął głęboko. - Ok, ale ty strzelasz. Ja już i tak dostanę wystarczającą Pokutę. 
    Kiwnęłam głową i ustawiłam karabin, który mi podał. Starannie wycelowałam w głowę dowódcy, który stał przed tirem z cysterną. Mówił coś do chłopaka stojącego niedaleko. Odetchnęłam głęboko i wypuściłam powietrze, naciskając spust.
    Ale zanim kula dotarła, tamten przesunął się o centymetr, a pocisk trafił w cysternę. Co prawda mój cel został osiągnięty, po wybuch zmiótł ze trzech ludzi, ale nie do końca o to mi chodziło.
    - I cały plan w pizdu... - jęknęłam, wciągając powietrze z sykiem.
    Ogień pożarł dowódcę w chwilę, spalając go natychmiast. W szoku pozostałam z otwartą gębą.
    - Phravy...
    Któryś z pozostałych żołnierzy, ufarbowany na fioletowo, zauważył mnie i krzyknął. Popatrzyłam na Phravego, który zdawał się niczego nie dostrzegać.
    - Pray! 
    - Co? 
    Facet wymierzył do nas z pistoletu.
    - Uciekamy. 
    - Co...
    - Już! - krzyknęłam i pchnęłam go mocno w stronę skrzynek. 
    Ledwo opuściliśmy naszą kryjówkę, murek rozpadł się na kawałki. Ignorując słowa protestu Phravego, pociągnęłam go za sobą korytarzem skrzynek. Nad nami wybuchła jedna z nich, cudem nie raniąc nas w głowę. Szarpnęłam Phravego, by się pospieszył, a następnie wypchnęłam przed siebie.
    - Ruchy! - warknęłam do niego.
    Po dłuższej chwili, pełnej napięcia związanego z tym, jak łatwym byliśmy celem, wydostaliśmy się do labiryntu. Wbiegliśmy między krzewy, skręciliśmy w lewo, potem w prawo. Żołnierze wybiegli na nas z boku z podniesionymi pistoletami. Phravy strzelił do jednego z nich, złapał mnie za rękę i szarpnął, uciekając. Minęliśmy kilka zakrętów, w oddali słysząc ciche walenie butów naszych wrogów. Ruszyliśmy prostą drogą. 
   Zza krzaka wypadł na nas żołnierz, odwróciliśmy się, aby uciec, ale z tyłu wybiegł kolejny. Phravy w sekundę wycelował w niego, dziurawiąc mu czoło. Nagle upadł, a z jego łydki trysnęła krew. Ruszyłam się, ale drugi mężczyzna rzucił mi pod nogi jakieś pudełko i upadłam na twarz. Natychmiast się uniosłam. Człowiek podniósł ramię, przyłożył oko do celu i wymierzył mi w czoło. 
    Wtedy jego głowa wzbogaciła się o dziurkę między oczy, a naciśnięty spust wystrzelił nade mną.
    Odwróciłam się. Phravy leżał na plecach z karabinem na brzuchu. Wyrzucił broń, bo zużył ostatni pocisk i z trudem wstał. Pobiegliśmy dalej. 
    Gdy potykał się lub zwalniał, popychałam go albo zręcznym ruchem podniosłam z ziemi. Za nami usłyszeliśmy coraz głośniejsze wystrzały. Nagle Phravy przewrócił się. Dokładnie w tym samym momencie zza rogu wybiegła horda żołnierzy. 
    Przyspieszyłam diametralnie, zasłaniając im Pray'a. Dobiegłam do niego, złapałam za ramię, podniosłam, szarpnęłam i zmusiłam do biegu. Czułam jego kulejący ciężar, ale nadal nie wypuszczałam go z uchwytu. Skręciliśmy, a potem biegliśmy na oślep. Gdy odgłosy kul nieco ucichły, spytałam:
    - W porządku?
    Musiałam nabrać mocnego oddechu, aby mi odpowiedzieć.
    - Jasne. Jestem jak nowo narodzony.
    - To świetnie - odparłam.      
    Skręciliśmy znowu w lewo, biegliśmy chwilę, a potem trafiliśmy na ślepy zaułek. 
    - Cholera - wysapał Pray. 
    Zgiął się wpół i podparł na kolanach. Ciężko dyszał i z trudem łapał oddech. Skrzywił się, siadając przy krzewie i spojrzał na mnie. 
    - Co teraz? - spytał, przełykając głośno ślinę.   


Od autorki (jak to dumnie brzmi, puszę się z dumy):


Zgodnie ze starą tradycją Cieni, imię dziecka płci męskiej ma odzwierciedlać pewną cechę jego charakteru lub jakkolwiek inaczej się z nim wiązać, dodatkowo niektórzy tradycjonaliści przestrzegają zasady, która mówi o tym, że w owym imieniu musi znajdować się litera "h". Dlatego też, idąc za tym:
Phravy - prawy (skrót Pray wywodzi się z angielskiego i oznacza modlitwę, co również jest powiązane, gdyż Phravy nie ma w sobie ani kropli szatańskiej krwi)
Lhuty - luty (ze staropolskiego: srogi, groźny, dziki)
Khiller - z ang. "zabójca"
Mhrok - mrok
Hrom - chromy: kaleki, kulawy
Bhak - bak: krzyk
Falen - falenie: chwała, dziękczynienie
Rhad - rad: szczęśliwy, radosny
Vhredny - wredny
A poza tym z góry przepraszam za jakiekolwiek błędy, i jeżeli ktoś jakiś zauważy, proszę o komentarz :)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz