2.
Tamci byli już zbyt blisko, by zawrócić. Obejrzałam krzew. Ciągnął się wysoko na ponad dwa metry - zauważyłam, że im dalej, tym są wyższe. Miał grube, mocne i ciemnobrązowe gałęzie, które z daleka wydawały się kruche. Wiły się w górę niczym warkocz przeplatany łodyżkami, suchymi płatkami i liśćmi, poprzetykany niespotykanie dużymi kolcami. Były cztery razy większe od normalnych, zakończone ostrymi czubkami. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że kwiaty też są nadto olbrzymie. Wcześniej myślałam, że to po prostu duże okazy, które przetrwały do teraz, jednak z bliska dojrzałam w głębi pąki, które nie zdążyły rozkwitnąć. Były jak połowa mojej pięści.
Cofnęłam się nieznacznie, zdjęta przerażeniem. Najprawdopodobniej ktoś nafaszerował te rośliny substancją na porost. Miałam złe przeczucie, że siedziała za tym nieprzyjemna tajemnica. Możliwe, że to były tylko badania nad tym preparatem. Z każdym rządkiem krzewy i kwiaty robiły się większe, a więc zapewne z każdym kolejnym rzędem dodawano coraz większą ilość tego "czegoś". Prawdopodobne, że nieznaną mi mieszankę tylko testowano na różanym krzewie, a ostatecznym konsumentem miał być człowiek.
Odwróciłam się do Phravego. Nadal był blady i zbolały, ale teraz nie mogliśmy sobie pozwolić na taki luksus jak odpoczynek. Kucnęłam koło niego i powiedziałam:
- Wskakuj, przeniosę cię na plecach.
Spojrzał na mnie jak na debila.
- Ruchy.
- Zgłupiałaś? Nie dam się wozić na barana jakiejś... - nagle zamilkł, nie kończąc zdania.
Uniosłam się i popatrzyłam na niego ostro.
- No?
Unikał mojego wzroku.
- Nic.
- Ależ kontynuuj.
Zignorowałam fakt, że nie była to najlepsza pora na kłótnie i patrzyłam na niego wojowniczo. Ok, może i uraziłam jego ego bohatera, ale co on zrobił z moją kobieca dumą?
- Zresztą nieważne - przewróciłam oczami.
Otworzył buzię, aby coś powiedzieć, ale zrezygnował. Mierzył mnie gniewnie wzrokiem, zapewne szukając odpowiednich słów.
- To nie tak jak myślisz - mruknął.
No dobra, nie mogłam nie zauważyć, w jaki sposób to zabrzmiało. Zamrugałam kilka razy, próbując powstrzymać narastające uczucie, którego nie potrafiłam jak na razie sprecyzować. Albo o prostu nie chciałam.
- Rozumiem - rzuciłam i postanowiłam nie ryzykować dłużej.
Wypełniłam usta powietrzem i głośno je wypuściłam, zaczepiając ręką o gałęzie krzewu. Ukłułam się a dłoń, ale nie puściłam. Postawiłam nogę na kilku zaplątanych gałęziach, zaparłam się i poderwałam wyżej. Kątem oka widziałam, jak Phravy męczy się, próbując nie nadwerężać zranionej nogi.
Poczułam, jak kolec wbił mi się w rękę i stworzył głęboką ranę. Z daleka dobiegł mnie huk wystrzału, gdy próbując nie myśleć o bólu, zdałam sobie sprawę, że ciepła krew spływa mi po nadgarstkach i wije wokół ręki. Rozcięta skóra piekła i szczypała. Złapałam się jeszcze wyżej, umysł zajmując bezpłciowymi obrazkami z hipermarketów. Starałam się nie zwracać uwagi na to, że krzaki właśnie rozszarpują mi ręce, bo liczyło się tylko, aby przez nie przejść. Sięgnęłam na samą górę krzewu, wbiłam kolec w jedną z ran, a gdy prawie spadłam, rozciągnęłam ją na całą długość dłoni. Jęknęłam.
- Są gdzieś tam! - krzyknął ktoś niedaleko.
Phravy przeklął tuż przy moim uchu. Nawet nie zauważyłam, kiedy zręcznie wdrapał się na szczyt. Ukradkiem spojrzałam na jego dłonie, które były ledwie zdarte. Podał mi rękę. Zapałam ją i podciągnęłam się wśród świstu kul. Obejrzałam się za siebie - armia wściekłych facetów goniła nas z naładowanymi magazynkami.
Ta chwila nieuwagi starczyła, abym zaparła się zbyt ciężko na kolcach i przebiła je sobie na wylot. Krew bryznęła, a ja wrzasnęłam niemo, na chwilę tracąc oddech. Wyjęłam powoli zakrwawiony kolec, piszcząc jak frajer. Podniosłam nogi i uklękłam na szczycie. Kolce wbiły mi się w kolana. Kolejna kula drasnęła mnie w policzek. Bez namysłu skoczyłam razem z Phravym na drugą stronę. Jeszcze spadając, poczułam w ramieniu ostry ból. Upadliśmy z trzaskiem na ziemię, a ja zaczęłam tarzać się po żwirze. Miałam wrażenie, jakby ktoś rozerwał mi rękę i wiercił w niej dziurę. Syknęłam i uniosłam si na klęczki. Phravy siedział pod krzewem, dłubiąc w ranie na nodze. Podniósł na mnie wzrok.
- Ok? - spytał.
- Mniej więcej, a ty?
Podniósł rękę.
- Złamałem palec - zaśmiał się.
Prychnęłam, by potem znowu skrzywić się z bólu. Chciałam coś powiedzieć, ale Phravy poderwał się i zakrył mi usta dłonią. W pierwszej chwili miałam zamiar się wyrwać, ale niebezpiecznie blisko usłyszałam dudniące kroki. Phravy pokręcił głową i chwilę siedzieliśmy tak, patrząc na siebie. Na parę sekund jego wzrok się zmienił. Czułam na policzku jego szybko oddech. Zdziwiłam się, że tak spanikowałam na dźwięk kroków naszych wrogów. Kiedy krzyki, odgłosy ciężkich butów i strzałów powoli się oddalały, Phravy natychmiast oderwał się ode mnie, jakby mój dotyk go parzył. Stał i patrzył się w bok, byle nie na mnie. Zaskoczyło mnie to, że się zawstydził swojej reakcji. Była całkiem normalna. Phravy wyglądał na speszonego, ale niepotrzebnie. Przecież nie będę się z niego śmiać.
Kiedy on szybko się podniósł, próbowałam zrobić to samo, ale wyszło niezdarnie. Potknęłam się, a potem znów wstałam. Phravy spojrzał na mnie z troską, przytrzymując mnie, gdy prawie upadłam. Nie chodziło o rany, choć każda piekła niemiłosiernie. Oprócz tego strasznie kręciło mi się w głowie, dudniło, jakby ktoś walił mi w łeb patelnią. Nie mogłam złapać równowagi. Pulsowanie nasilało się, nie miałam tylko pojęcia, skąd się bierze. Coraz bardziej się niepokoiłam. Złapałam się ramienia Phravego, bo poczułam, że upadam.
- Co się dzieje? - słyszałam w jego głosie przejęcie, gdy osunęłam mu się w ramiona.
Chciałam mu odpowiedzieć, ale z gardła nie wydobył się żaden dźwięk. Zaczęłam panikować, czułam, ze odpływam. Na sekundy ciemniało mi przed oczami, miałam mroczki. Kątem oka widziałam dziwne błyski, białe światła, ale kiedy się odwracałam, nic tam nie było. Zieleń trawy mieszała się z barwami wytworzonymi przez moją wyobraźnię. Słowa Phravego dobiegały mnie jak przez szkło. Gdzieś z tyłu, razem z przytłaczającym bólem, wybuchła plama czerwieni.
A potem naprawdę oślepłam.
Wszytko był czarno-białe. Szare niebo, czarne gałęzie nagich drzew, ciemnoszary piach. Żadnego koloru. Wokół była prawie goła ziemia, a na niej zaledwie kilka bezlistnych, smoliście czarnych drzew. Po ruchu gałęzi rozpoznałam, że wiał wiatr. Jednak nic nie czułam. Jasnoszare niebo sprawiało, że doznałam wrażenia zamknięcia, tak jakbym trafiła do szklanej kuli. W tym miejscu nie było żadnych dźwięków, martwa cisza. Nie słyszałam, gdy gałęzie o siebie uderzały, a żwir przemieszczał się pod wpływem wiatru. Zupełnie jakbym oglądała ruchomy obraz. A może to ja byłam głucha. Za to było mi zimno. Przenikliwy chłód wywoływał u mnie dreszcze.
Nagle pod drzewem pojawiła się czarna postać. Jakby nagle wklejono ją do obrazu.
Potem pojawiła się bliżej. Nie ruszyła się, nie przeszła. Po prostu w jednej chwili była gdzie indziej, jak z przerwanej taśmy.
I znowu. Coraz bliżej mnie. Etapowo. Poczułam, jak strach podchodzi mi do gardła.
Jeszcze raz. Teraz widziałam jej twarz. A właściwie nie widziałam żadnej twarzy. Tylko białą plamę w miejscu głowy.
Tym razem stała ze mną oko w oko, chociaż w tym przypadku trudno mówić o oczach, bo owych nie miała. Nie było ust, nosa, uszu. Tylko ten koszmarny biały owal.
Postać wzbudzała przerażenie tak wielkie, że chciałam stamtąd natychmiast zniknąć. Strach obezwładniał, bł wszystkim, co do mnie docierało. Jednocześnie pragnęłam uciec, i nie mogłam oderwać od niej wzroku.
Nagle zniknęła. Zaparło mi dech w piersiach. Rozejrzałam się na boki. Nic. Z rozszalałym, bębniącym mocno sercem odwróciłam się.
Stała tuż za mną. Widziałam tylko tę nieludzką twarz. Sparaliżowało mnie. Gdybym potrafiła, krzyknęłabym. Gdybym mogła, popłakałabym się.
Znów zniknęła, a potem pojawiła się dalej. I dalej. Następnie ponownie przy mnie, i dalej, dalej... Chciała, żebym za nią poszła. Ruszyła się, nie czując nóg. Nie szłam, płynęłam. Przesuwałam się, podczas gdy ona wskazywała mi drogę. Podążałam za nią, aż na kolejnym z drzew zauważyłam jakieś ciało.
Wisielec.
Zatrzymałam się gwałtownie, patrząc na niego zszokowana. Wtedy czarna postać pojawiła się przed moją twarzą, a potem wycofała, każąc iść dalej. Ruszyłam się, bojąc się zarówno jej, jak i pozostania pryz wisielcu.
Następny pojawił się trzy drzewa dalej. Był taki sam, a jednak inny. Mijając go, poczułam silny ból głowy i pieczenie pleców. Później zauważyłam, że trup miał ranę w czaszce i zdartą z pleców skórę. Chciałam zwymiotować, lecz bałam się, że czarna postać znów będzie mnie pospieszać.
Zaprowadziła mnie and morze. Łagodne białe fale spływały na ciemnoszary żwir. Weszłam za nią do czarnej wody, nie czując jej temperatury ani ruchu, ani nawet lekkiej wilgoci. Patrzyłam w fałszywy bezkres szarego nieba. Kolejna bezbarwna fala spłynęła, a później wróciła do morza.
Odsłoniła czarne ciało. Potem przypłynęły kolejne. Tuż przy mojej nodze pojawiła się szara, wynędzniała twarz topielca, unieruchomiona w wyrazie niemego krzyku i przerażenia. Poczułam, że tracę oddech, tak jakby coś zatkało mi krtań.
Cofnęłam się nieznacznie. Patrzyłam na to wszystko, podczas gdy zawartość żołądka podchodziła mi do gardła. Tyle oślizgłych, martwych twarzy. Tyle sinych, zgniłych ciał. Czarna postać powędrowała wgłąb morza, ruszając się znowu jak z przerwanej taśmy. Nad nią unosił się biały błysk. Do niego dołączył następny, i jeszcze jeden, a potem zaczęły zbierać się kolejne. Razem tworzyły wielkie światło. Uniosły się do góry.
Te błyski miały twarze.
Tysiące twarzy uniosło się i podleciało do nieba, uderzyło w nie, aż cała ziemia zadrżała. Walnęły ponownie, a potem zaczęły tłuc rytmicznie o niebo. Powstały rysy. Twarze uderzyły znowu, mocniej, a one się powiększyły, rozchodząc cna całą powierzchnię nieba. Wielkie światło po raz ostatni zamachnęło się, a w szarym niebie zrobiła się dziura Twarze zostały przez nią wessane. W następnej chwili wszystko było jak wcześniej czarna postać stała tuż obok mnie, ale teraz się jej nie bałam. Oczekiwała odpowiedzi.
Powiedziałam jej, że rozumiem.
Najpierw poczułam drżenia. Kiedy otworzyłam oczy, cały świat wirował, jak podczas trzęsienia ziemi. Powoli dochodziło do mnie, ze ktoś mnie trzyma, przyciskając do piersi. Nadal nie widziałam wyraźnie, ale kiedy uniosłam głowę, rozpoznałam znajome rysy Phravego. Zerknął na mnie i nasze spojrzenia się spotkały, choć moje było dosyć rozbiegane. Ale na jego widok Pray się uśmiechnął. Powiedział coś do mnie, ale nie usłyszałam, bo znowu odpłynęłam.
Obudziłam się, tym razem w bezruchu, pół godziny później. Czułam pod sobą wilgotną trawę. Uniosłam się na łokciu, ale i tak zakręciło mi się głowie. W ramieniu wybuchł ból od strzału, jednak zauważyłam, ze Phravy opatrzył mi rękę, podobnie jak zranioną dłoń, która już ledwo piekła. Phravy jak zwykle myślał o innych. Odszukałam go wzrokiem, który za mną rozpalał ognisko.
Płomień się zwiększył, a on uniósł głowę i uśmiechnął się do mnie.
- Witaj, Śpiąca Królewno.
Uklękłam. Przesunęłam się troszeczkę bliżej ognia.
- Masz tu trochę żarcia, pewnie jesteś strasznie głodna - podsunął mi puszkę i kiełbasę.
Wyjął bidon i wziął kilka łyków, popijając posiłek. Spostrzegłam, że złamany palec unieruchomił prowizoryczną deską, prawdopodobnie wyciętą z którejś z gałęzi. Ugryzłam trochę swojego kawałka kiełbasy. Miałam ochotę go wypluć, bo było w nim więcej tłuszczu niż mięsa, ale byłam tak głodna, że nie sprawiało mi to większej różnicy. Przeżuwając, rozglądałam się. Wokół było mnóstwo szarych drzew, tylko z góry widziałam trochę ciemnoniebieskiego, ugwieżdżonego nieba. Gdzieś tam daleko dojrzałam szczyty wieżowców. Wyjęłam nóż z torby i spróbowałam rozciąć puszkę, ale przy mocniejszym użyciu mięśni ręka pulsowała bólem. Odrzuciłam nóż z wściekłością, o mało nie trafiając nim Phravego. Odwrócił się, zabrał mi puszkę i spokojnie zaczął ją otwierać. Ze środka buchnęło nieprzyjemnym zapachem.
- Co to jest? - spytałam.
- Klopsy w sosie grzybowym.
- Śmierdzi.
Nie wspomniałam o tym, że nienawidzę klopsów ani grzybów. Wydało mi się to nie na miejscu.
- Jest przeterminowane - przyznał.
Popatrzyłam na wstrętne moim zdaniem kulki w nieco obrzydliwym sosie. Czy tam się coś nie ruszyło?
- No co ty... Wygląda świeżo... jak na konserwę.
Phravy przysunął puszkę pod mój nos.
- Smacznego.
- Chyba "przeżyj" byłoby bardziej na miejscu - stwierdziłam, nabierając pierwszą łyżkę.
Smakowało obrzydliwie, aż wracało do gardła. Jadłam jednak, zatykając sobie nos. Popiłam wodę, ale posmak wciąż pozostał, więc wyjęłam torebkę cukru i wsypałam sobie do buzi. Zadrżałam od tych smakowych doznań. Przesłodziłam się, ale było to lepsze niż pozostające na języku zgniłe klopsy. Phravy w tym czasie siedział oparty o drzewo i czyścił broń. Zauważając mój wzrok, zapytał powoli:
- A więc co się z tobą działo?
Nagle coś innego podeszło mi do gardła. Kręciłam się, nie mogąc znaleźć wygodnej pozycji. Usiadłam po turecku przy ognisku, ogrzewając ręce. Ciepło buchało mi w twarz, ale nie przeszkadzało mi to. Od zawsze bałam się ognia, jednak to był ogień, który rozpalił Pray. Ktoś, komu ufałam. Był to ogień bezpieczny. Taki, który nie zrobi my krzywdy. W każdym razie - taką miałam nadzieję.
- Nydia? - Phravy odłożył sztylet na bok.
Skrzywiłam się.
- Po prostu.... zobaczyłam coś.
Nabrałam dużego oddechu, próbując się uspokoić. Nie chciałam mu o tym mówić. Miałam wrażenie, ze dopóki nie wypowiem tego na głos, to się nie urzeczywistni. I chociaż było to najgorszym kłamstwem, jakie mogłam wymyślić, to chciałam w nie wierzyć.
Phravy przysunął się do mnie. Usiadł tak jak ja i parzył na mnie. Wolałabym, aby odszedł. Wiedziałam, że jeśli tu będzie, to wszystko ze mnie wyciągnie. Wrzucił dwie grube gałęzie do ognia, który prawie dotknął mojej twarzy. Taka bliskość już mi się nie podobała. Poczułam lęk i dreszcz biegnący wzdłuż kręgosłupa. Nie byłam pewna, czy wywołał je ogień, czy pytanie Phravego. Ten wyciągnął rękę i wziął mnie za skaleczoną dłoń. Pogładził kciukiem miejsce, gdzie miałam ranę. Bezskutecznie próbował dodać mi otuchy.
- Co zobaczyłaś? - ponowił pytanie.
Odwróciłam się od niego, choć nie wyrwałam ręki. Nie wyznając mu prawdy, oszukiwałam zarówno jego jak i siebie. Nie powinnam jej przed nim ukrywać, bo to dotyczy również jego, ale to było takie...
Kiedy przez dziesięć minut nic nie powiedziałam, Phravy dał sobie spokój. Puścił mnie i odszedł, zajmując się swoimi sprawami. Kiedy już mnie nie trzymał, poczułam się, jakbym utraciła ostatnie źródło światła w ciemnym tunelu, choć siedziałam na przeciwko potężnego ognia. Przyszło mi do głowy, aby zapytać Pray'a, gdzie właściwie jesteśmy i czy mądre było rozpalanie ogniska, jednak uznałam, że nie będzie chętny odpowiadać Poza tym, sokor rozpalił ogień, to znaczy, że nie jest to niebezpieczne. No proszę, w końcu to Phravy. Najzdolniejszy Cień naszego pokolenia, jakiego znam. Wielu uważa go za geniusza, choć ja znam go raczej jako kompletnego debila. Wiem jednak, ze kiedy żarty się kończą, Pray jest jednym z nielicznych, którym bym zaufała. Dlatego mam takie wyrzuty sumienia, że nic mu nie mówię.
Gdy słońce kompletnie zaszło, a ogień stał się jedynym źródłem światła, zauważyłam, ze Pray usnął. Trochę mnie to zaskoczyło. Nie tylko dlatego, że zawsze myślał głównie o innych i nie okazywał słabości - co mnie irytowało, bo o siebie nie dbał - a teraz jak mu się zachciało, poszedł spać, ale także zdziwiło mnie to, ponieważ był to wyraz ostatecznego zaufania. Bez upewnienia się o moich zamiarach, położył się, gdy czuwałam na warcie. Sen w czarnym lesie, gdzie wszystko może się zdarzyć, jest jedną z najniebezpieczniejszych rzeczy. Przejście w stan spoczynku w takiej sytuacji wymaga odwagi i olbrzymiego zaufania w stosunku do trzymającego wartę. Pochlebiało mi to tak bardzo, że aż sama się do siebie tępo uśmiechnęłam, czując wszechogarniającą dumę. W dniu, kiedy zdałam sobie sprawę, że ufam Pray'owi, byłam mocno wstrząśnięta, bo znalazł się w gronie naprawdę nielicznym. Ale z wiedzą, że i on ufa mi... nawet nie umiałam tego opisać.
Byłam potrzebna. Chciana i akceptowana. I to przez kogoś tak szanowanego przez osoby, wśród których żyliśmy. Poczułam się lepsza, dowartościowana. Ważniejsza niż kiedykolwiek.
Szkoda więc, że go okłamywałam.
Gdy wreszcie wstał, nadal siedziałam przy ognisku. Minęło kilka godzin, i chociaż byłam okropnie zmęczona, nie obudziłam Phravego. Podobało mi się, kiedy odpoczywał, a ja się nim opiekowałam, bo robił to tak rzadko, że nie miałam serca mu przeszkadzać. Po jego minie widziałam, że śni mu się coś przyjemnego.
Przeciągnął się. Oczy miał jeszcze odrobinę zaspane. Spojrzał w niebo i zmarszczył brwi.
- Ile spałem? - zapytał niewyraźnie.
- Jest około czwartej w nocy.
Zerwał się.
- Co...? I ten cały czas ty... - złapał się za głowę i przejechał ręką po włosach. - Przepraszam, nawaliłem. Trzeba było mnie obudzić. Czemu tego nie zrobiłaś?
Złamałam suchą gałąź i wrzuciłam do ogniska. Oglądałam, jak płonie.
- Lubię patrzeć, kiedy śpisz.
Zamrugał kilka razy.
- Jesteś wtedy taki spokojny.
Wyprostował się i rozluźnił. Nabrał powietrza, prawdopodobnie chcąc kontynuować wczorajszą rozmowę, ale zrezygnował. Zamiast tego założył bluzę, bo noc była zimna, zresztą dopiero co się obudził.
- Dziękuję - stanął nade mną. - Za to, ze czuwałaś przez cały mój sen.
Nie odpowiedziałam zapatrzona w płomienie. Wewnętrznie czułam wyrzuty sumienia, ze nie wyjaśniłam mu, że dla mnie to była przyjemność dać mu chwilę wytchnienia, ale przytłaczały je inne, mocniejsze, związane z tym, co naprawdę było ważne. Obawiałam się tego, ale kiedy w nocy patrzyłam na śpiącego Pray'a, zdałam sobie sprawę, że jeszcze większym okrucieństwem niż wyjaśnienie mu wszystkiego, jest nie zrobienie tego. Gorsze od dbania o jego spokój było dawanie mu fałszywego bezpieczeństwa.
Przejrzał nasze plecaki i potrząsnął moim bidonem.
- Starczy ci wody do jutra?
Nie. Ale to nie ma znaczenia.
- Bo wiesz, mogę ci trochę odlać...
Spojrzałam na niego poważnie.
- Musimy umrzeć, Pray.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz